Pamiętnik pacjenta bariatrycznego – część 2. Ewa Frankiewicz
18 czerwca 2025
TAK MAŁO TRZEBA NAM
I dużo tak. Słowa z piosenki Anny Jantar sprawiły, że dziś piszę kolejny tekst. Chcę podzielić się z Wami moją radością i … chyba swoistą, no nie wiem… satysfakcją?
Ostatnie miesiące nie były dla mnie łatwe. Ogółem cała moja rodzina miała pod górkę, co odbiło się mocno na naszych wzajemnych relacjach. Moje trudności w pracy (mobbing), trzy operacje córki w przeciągu 9 miesięcy (okupione jej ogromnym bólem, a co za tym idzie, moimi łzami), nasilająca się choroba taty (Alzheimer), pożar garażu (naszego źródła dochodu), trudności emocjonalne syna (wynikające z psychicznej przemocy w szkole) i moja operacja (chyba najszczęśliwsze ze wszystkich wydarzeń, ale stres był ogromny). Sami przyznacie, że ilość nieszczęść zdecydowanie wykracza ponad normę dla przeciętnego człowieka. Jako nieprzeciętna kobieta z depresją, odebrałam to wszystko znacznie bardziej, niż należało.
Kryzys zaczął się pod koniec listopada i trwa(ł) do tej pory. Sama jeszcze nie wiem, czy słusznie zastosowałam czas przeszły, ale dzisiaj – po raz pierwszy od bardzo dawna – poczułam, że chcę żyć, działać i coś robić. Do momentu operacji co tydzień spotykałam się z lekarzem psychiatrą, walczyłam, by wstać z kanapy i nie zabić męża, córki lub syna, jeśli którekolwiek z nich przypadkiem weszło mi w drogę. Widziałam przed sobą grubą, betonową ścianę z metalowym obiciem i nie miałam ani siły, ani chęci, by ją ominąć lub przeskoczyć. Świat był do „de”. Jakakolwiek praca intelektualna nie wchodziła w grę – mój mózg odmówił współpracy, a intelektualny Pegaz, zamiast fruwać nad głową, poszedł na piwo i nie wrócił.
Zmuszałam się jedynie, żeby się przygotować do korepetycji, które prowadzę z ogromną pasją i naprawdę dziko mi zależy na moich uczniach. Pomijając fakt, że zarabiam na tym pieniądze, ale to uczeń jest dla mnie najważniejszy. Wcześniej, w miarę regularnie pisywałam tak zwane „psielietony”. Dla niewtajemniczonych – były to felietony pisane przez moje dwa labradory, które zamieszczam na swojej stronie na Facebooku (Psielieton – psu z gardła wyjęte – miłośników zwierzaków serdecznie zapraszam, i tak, wiem, że to obrzydliwa autoreklama). Labie pamiętniki, ogonem pisane. Od kilku miesięcy nie napisałam nic. Wrzucałam tylko krótkie notki na temat psich i kocich ekscesów, ale nie miałam weny za grosz. Po operacji z początku nie bardzo mogłam wysiedzieć przy komputerze, ale pozytywne zmiany w moim ciele zaowocowały w końcu refleksją „pooperacyjną”, którą ośmieliłam się z Wami podzielić. To właśnie ten tekst, pierwszy z – mam nadzieję – serii moich osobistych przemyśleń związanych z bariatrią sprawił, że dostałam kopa motywacyjnego. A zawdzięczam to doktorowi Bartkowi, Wam wszystkim oraz Pani Agnieszce.
Pisząc swój tekst, odnosiłam się wyłącznie do osobistych doświadczeń. A napisałam go zwłaszcza dla tych, którzy swoją przygodę z operacją zmniejszenia żołądka mają dopiero przed sobą i wahają się – tak czy nie? Ponadto obiecałam doktorowi na majowym spotkaniu Stowarzyszenia Lecz Otyłość, że przygotuję coś na stronę SLO, która nieco „leży i kwiczy”. Napisałam, wysłałam doktorowi Bartkowi, ze skromnym marzeniem w duszy, że będzie to coś, co da się zamieścić na stronie i nie obudzi zbytniego wstrętu w czytelnikach. Po pół godzinie dostałam odpowiedź od doktora, że tekst mu się bardzo podoba, że chciałby, by to był blog pod moim nazwiskiem, poprosił, abym go zatytułowała. Mówiąc kolokwialnie, szczęka mi opadła z wrażenia, takiej reakcji bowiem się zwyczajnie nie spodziewałam. No dobra, piszę te psie felietony (znaczy się piszą psy, a ja tylko tłumaczę z psiego na ludzki język), mam swoich czytelników „labiej literatury”, zdarzyło mi się napisać parę wierszyków i psich pożegnań, ale tekst pod moim nazwiskiem na stronie SLO?! Po prostu szok! Wiecie, że się popłakałam z radości? Popłakałam się, bo po tylu porażkach ostatnich miesięcy, nagle ktoś, w kilku słowach, mnie docenił i zainspirował, bym pisała dalej. Powiedział, że moja pisanina jest coś warta, że może komuś się przydać. Nagle dostałam wiatru w żagle. Chwilę po publikacji tekstu, od Was właśnie, od wszystkich tych, którzy zmagają się z chorobą otyłości, dostałam na grupie oraz indywidualnie, wiele pozytywnych słów, łącznie z tym, iż czekacie na kolejne teksty. I znowu łzy szczęścia. Dzisiaj byłam na wizycie u Pani Agnieszki, pierwszy raz po operacji. Od niej również usłyszałam pochwałę mojego tekstu, ale też coś, co niesamowicie utkwiło mi w głowie. Mianowicie, że warto dokonywać w swoim życiu zmian, bo jeśli chociaż jedna osoba do nas przyjdzie i podziękuje za nasze wysiłki, to dla nas staje się to wielką nagrodą i daje nam poczucie sensu własnego działania. Wisienką na torcie oczywiście była informacja, że jest mnie mniej o niemal 20 kilogramów.
Kilka słów, zaledwie kilka małych słów, a dla mnie mają one wielkość co najmniej ośmiotysięcznika. Te wszystkie wyrazy wsparcia, podziękowania, ale też konstruktywnej krytyki, znaczą dla mnie bardzo wiele. Ratują mnie przed psychicznym upadkiem, bronią przed atakami depresji, kreują nowe pomysły na kolejne teksty. Siedziałam potem w samochodzie i znowu płakałam, łzy leciały same. Radość rozsadzała moje serce, bo przede wszystkim widzę zmiany w swoim stanie zdrowia, chudnę, ale również zaczynam rozumieć, iż te wszystkie minione porażki były po coś, może właśnie po to, bym mogła w swoim życiu dokonać zmian i zająć się tym, co mnie pasjonuje. Dlatego właśnie dziękuję z całego serca doktorowi Bartkowi, Pani Agnieszce i Wam wszystkim. Dziękuję za Wasze „dziękuję”. Tak mało trzeba nam. I dużo tak.