Było sobie dwóch braci – Ewa Frankiewicz, Pamiętnik Pacjenta Bariatrycznego – cz. 3
19 czerwca 2025
BYŁO SOBIE KIEDYŚ DWÓCH BRACI…
…Jeden miał na imię Ramzes, drugi Kryzys. Ramzes umarł, Kryzys żyje. Te słowa
uwielbianego przeze mnie kabaretu TEY są wciąż aktualne. Ramzesa możemy zostawić w
spokoju, żeby się biedaczyna w egipskiej piramidzie nie przewracał ze wstrętem. Kryzys jednak
ma się świetnie i nigdy nie wiadomo, kiedy ma zamiar ukąsić nas w tyłek. Bardzo boleśnie.
Gdy zaczęłam swoje przygotowania do operacji – we wrześniu 2024 – z góry
postanowiłam sobie nie spieszyć się z tematem. Wtedy pojęcie „bariatria” dopiero układało się
w mojej głowie i chwilowo nie było mu zbyt wygodnie. Półki mózgowe dopiero
przyzwyczajały się do tego, że ten zabieg nastąpi w bliżej nieokreślonej przyszłości. Doktor
Bartek na pierwszej wizycie wytłumaczył mi wszystko na temat rodzajów operacji
bariatrycznych, koniecznych przed operacją badań, które muszę zrobić oraz pokierował do Pani
dietetyk Agnieszki. Pani Agnieszka pomogła mi zrobić przemeblowanie w głowie (co wcale
nie jest łatwe w moim przypadku) i tak naprawdę dzięki Niej uwierzyłam, że mam szansę.
Pewnie chcecie zapytać, dlaczego akurat Pani Agnieszka? W swoim życiu przeszłam
już masę diet, wizyt u specjalistów, wyczerpujących ćwiczeń, głodówek i różnych innych
pomylonych akcji, które w rezultacie pozwalały mi schudnąć kilka kilogramów, żeby je za kilka
miesięcy oddać z nawiązką. Dlaczego więc akurat wtedy, tego 3 października?
Każdy specjalista, z którym w życiu miałam do czynienia, sprawdzał moją wagę co
tydzień, faszerował mnie ziołowymi suplementami, które powodowały gigantyczne sraczki i
odwodnienie (w efekcie nawet pozorną utratę kilogramów) i liczył, ile centymetrów spadło mi
z obwodu tyłka przez te 7 dni. Popadałam w paranoję – obsesyjne ważenie się, pomijanie
posiłków, tylko po to, żeby pani X. nie skrytykowała mnie za zbyt małe spadki na wadze i
centymetrze. Jadłam wyłącznie jajka, biały ser, gotowanego na parze kurczaka i tak zwaną
trawę (sałata, pomidor, ogórek). Po średnio dwóch miesiącach takiej diety na widok kury
zaczynałam gdakać, a mleko sprawiało, że na plecach niemal pojawiały mi się biało – czarne
łaty (może dobrze, że nie rogi na głowie?). Po czym porzucałam kolejną dietę w diabły i
zaczynałam jeść tak samo jak wcześniej.
Nikt, słownie i pisemnie, nikt, nie mówił mi, na czym polega prawdziwa zmiana
nawyków żywieniowych. Zrobiła to dopiero Pani Agnieszka i na dodatek powiedziała mi wtedy
bardzo dla mnie istotne słowa: „każdemu zdarzają się grzeszki, ważne jest, żeby się tym nie
załamywać, ale iść dalej po właściwym torze”. Nie załamywać się, ale iść dalej. Nie musiałam
przychodzić na wizytę co tydzień, dostałam listę dozwolonych i zakazanych produktów i sama
miałam się uczyć ich łączenia, a także szukania swoich nowych smaków. Przy czym miałam
pełną świadomość, że nie wolno mi już przytyć przed operacją.
To właśnie był ten kopniak motywacyjny – nie musiałam chudnąć, ale nie wolno mi
było przytyć. Nie miałam gotowego jadłospisu, typu: w poniedziałek łosoś, w środę mizeria, a
w piątek chudy biały ser z pomidorem. To ja tworzyłam swoje posiłki – z listą w ręku! I wtedy
poczułam, że to ja muszę nad tym wszystkim zapanować. Pani Agnieszka dała mi po prostu
narzędzia władzy nad sobą, a ja uczyłam się je stosować.
Nie było to łatwe dla kogoś, kto przez większość swojej ziemskiej egzystencji albo żarł
albo miał zakaz żarcia z powodu diety. Trafiło się i ciasteczko, i pizza, i burger od czasu do
czasu. Ale po raz pierwszy w życiu nie plułam sobie w twarz, że jestem wiecznie
niedojedzonym odyńcem. Po prostu szłam dalej, stosując zalecenia Pani Agnieszki.
Przez dwa miesiące wdrażałam nowe nawyki, powoli, stopniowo, z odstępstwami, ale
stale. I nie chodziłam głodna! Nauczyłam się jeść śniadania. Pić niegazowaną wodę. Unikać
słodyczy i tłustych potraw. Wtedy właśnie z pijackiego snu ocknął się wspomniany wcześniej
Wielki Brat zwany Kryzysem.
Jako osoba chora na depresję od wielu lat, mam świadomość, iż załamać się, to nie jest
dla mnie nic trudnego. Bywają dni, że drobny problem(ik) urasta do rangi całych Himalajów, a
ja nie widzę lasu, bo zasłaniają mi go drzewa. Jednakże pod koniec listopada pojawił się w
moim życiu pierwszy, bardzo poważny kłopot, który rozpoczął całą serię nieszczęść.
Zaczęło się od mobbingu w pracy. Mobbing stanowi tu określenie wyłącznie robocze,
pod tym hasłem kryje się bardzo wiele elementów i trudnych zjawisk, którym musiałam stawić
czoła. Jak wiecie, jestem nauczycielką z pasji i powołania, a właściwie byłam, podcięto mi
skrzydła na tyle skutecznie, że myślę nad zmianą zawodu raz na zawsze. I nie, nie chodziło o
uczniów ani ich rodziców – z jednymi i z drugimi miałam zawsze świetny kontakt. Cóż
powiedzieć – nauczyciele są jak małpy, im wyżej na drzewie, tym bardziej widać ich brzydkie
strony… Nie będę się tu wdawać w ponure szczegóły, ale po trzech tygodniach nierównej walki,
wolałam zrezygnować z pracy, niż zostać w szkole. Po raz kolejny potwierdziła się teoria, że
ten, kto chce zrobić coś więcej oraz inaczej niż inni, będzie miał przegryzione gardło.
Nietrudno się domyślić, że w tym okresie wszystkie zasady zdrowego odżywiania
wzięły w łeb. Na zmianę spałam i żarłam, żarłam i spałam. Nie miało dla mnie znaczenia, co
jem, ważne było, aby ruszać gębą. To był właśnie moment, kiedy załamałam się całkowicie i w
mojej głowie zapaliła się czerwona lampka, że właściwie po co mi operacja, nie nadaję się do
niczego, więc efekty zabiegu bariatrycznego też zmarnuję. Właśnie tak się czułam – winna
wszystkiego, zniszczona, wyprana i odarta z jakiejkolwiek godności, zwłaszcza
nauczycielskiej, jednak nie tylko. I chociaż dostałam mnóstwo wyrazów wsparcia od uczniów,
ich rodziców, w mojej głowie siedziała jedna myśl: „do niczego się, babo, nie nadajesz!”.
Zdarzyła się jednak dziwna rzecz – mimo tego żarcia, nie jadłam nic smażonego, nic
tłustego, ani cukru, odczepiłam się od gazowanych napojów, energetyków, słodyczy. Żarłam
jak świnia, ale produkty z dozwolonej listy. To było dla mnie zaskakujące, ale w głowie tkwiło
mi przekonanie, że po prostu pewnych rzeczy jeść mi nie wolno. Chyba tylko to sprawiło, że
nie utyłam na nowo przez kolejny miesiąc. Ale z zabiegu niemal zrezygnowałam.
W połowie stycznia miałam wizytę u doktora Bartka. Po rozmowie z nim dotarło do
mnie, że właściwie dlaczego mam rezygnować z operacji, skoro teraz nic mnie już nie trzyma,
szkolna smycz się urwała, a ja spokojnie mogę zrobić badania na oddziale wewnętrznym
(wcześniej było to źle widziane przez władczynię szkoły) i na te kilka dni spokojnie położyć
się w szpitalu. Akurat będą ferie zimowe, dzieci nie trzeba wozić do szkół, mąż i babcia
spokojnie ogarną temat. Zdecydowałam się, w końcu kilka medycznych testów do niczego mnie
nie zobowiązuje.
Badania wykazały u mnie insulinooporność. Wtedy nie do końca wiedziałam z czym to
się je, kojarzyłam to pojęcie ze stanem przedcukrzycowym, ale nic więcej. I tam mi
wytłumaczono, iż jeśli nic nie zmienię, to za chwilę będę mieć cukrzycę, zawał, wylew, tudzież
inne choroby ekstremalne. Nadciśnienie już miałam.
To było chwilowe wydobycie się z depresji. Perspektywa operacji stała się źródłem
walki o siebie, ale nie dla siebie, a dla dzieci. Żeby miały matkę. Matkę, której coś się chce –
wyjść na spacer, pojechać do kina, pójść na łyżwy lub rolki. Trzymałam dietę, pilnowałam
wskazówek, brałam przepisane leki. Przez dwa tygodnie było dobrze. A potem wybuchł
pożar…
Mój mąż jest pasjonatem mechaniki samochodowej. Właściwie powinnam powiedzieć,
iż jest kompletnym świrusem w tym temacie, prędzej sprzedałby mnie i dzieci, niż części
samochodowe (tylko jeszcze nie znalazł się szaleniec, który chciałby nas kupić). Garaż stanowił
jego hobby i źródło zarobkowania. Poza tym zaciszne miejsce do wypicia w spokoju piwa z
sąsiadem. Niestety, w garażu doszło do zwarcia, wybuchł pożar, który spalił wszystko, z
wyjątkiem ścian. Spłonął nawet samochód klienta, wszystkie narzędzia, został jedynie popiół.
Dom ocalał cudem, dzięki pomocy sąsiadów.
Wtedy znowu padłam na pysk, ponownie depresja, siedzenie na kanapie, żarcie, płacz,
złość na świat i jego mieszkańców. Kryzys szalał w obłąkańczym tańcu. Do tego dołączyły
problemy rodzinne i zdrowotne moich bliskich, a ja widziałam świat wyłącznie w czarnych
barwach.
Miesiące, podczas których przygotowywałam się do operacji, były swego rodzaju
sinusoidą – w dół, w górę, w dół, w górę. Byłam oczywiście pod stałą opieką psychiatry, miałam
dobrze dobrane leki, ale wariowałam. To był mega ciężki okres. Dodatkowo przedoperacyjny
stres też mnie gryzł, aż mlaskał. Następnie pierwsze dwa tygodnie po operacji – ciężkie, brzuch
bolał, gazy męczyły, bałam się jeść, żeby nie wymiotować, tęskniłam za kwasem z kiszonej
kapusty, ponieważ dokuczały mi zaparcia (a tak w ogóle, bardzo go lubię).
Dopiero teraz, 7 tygodni po operacji czuję, że żyję. Właściwie, że wracam do życia.
Fizycznie czuję się rewelacyjnie, psychicznie nieco gorzej, ale odnoszę wrażenie, że Kryzys
dostał solidnego kopa w tyłek i świńskim truchtem zaczyna się oddalać. Cieszę się ze zmian,
które widzę w swoim ciele, z mniejszych ciuchów, mniejszej ilości fałd tłuszczu wszędzie.
Znowu mam nadzieję. Robię jakieś plany. Działam. Planuję kolejne studia podyplomowe, nie
związane z edukacją, o których marzyłam od dawna.
Chcę Wam powiedzieć tylko jedno – kryzysy będą się pojawiać. Nie trzeba mieć
depresji, by przyszły. W życiu każdego z nas są wzloty i upadki. Czy ja po operacji wzleciałam?
Nie, jeszcze nie, ja dopiero przygotowuję się do lotu. Rozpościeram skrzydła. Teraz mam na to
szansę, już mogę minione porażki spróbować przekuć w sukces. Idę dalej po właściwym torze.