Nie być samemu, czyli teatr otyłości – Ewa Frankiewicz. Pamiętnik pacjenta bariatrycznego część 4.
26.06.2026
NIE BYĆ SAMEMU, CZYLI TEATR OTYŁOŚCI
Otyłość bywa chorobą samotności. Może powinnam napisać, że jest, nie tylko bywa.
Osoba zmagająca się z nadmiarem kilogramów albo sama unika ludzi, albo ludzie unikają jej.
Pozornie ma towarzystwo, niekiedy nawet jest w szczęśliwym związku, ale w chorobie jest
sama.
Zapytacie dlaczego? To proste. Jeśli my cierpimy na otyłość, a nasz mąż/partner jest
szczupły, nie jest w stanie zrozumieć naszych rozterek i traum, żeby najbardziej chciał. Super,
jeśli nas akceptuje i wspiera, ale tak nie dzieje się zawsze. Jeśli natomiast i nas jest za dużo, i
naszego męża/partnera również, to – niestety – często razem żremy, ale zazwyczaj nie dzielimy
się ze sobą wewnętrznym cierpieniem. Gramy w teatrze otyłości jako pierwsi aktorzy. A
scenariusz układają nam inni, obcy ludzie. Oni też reżyserują widowisko.
Ten, kto był całe życie szczupły, ma spore problemy ze zrozumieniem osoby otyłej. Nie
pojmuje jej niechęci do zdjęć, wyjazdów, wyjść, nie ma świadomości, jak bardzo można nie
chcieć opuszczać domu. I wcale nie chodzi tu wyłącznie o niechęć do ruchu samego w sobie!
Nie raz i nie dwa wychodziłam z domu na spacer z rodziną i psami. Dzieci gnały do
przodu niczym spłoszone strzałem rumaki, mąż ogólnie chodzi szybko, zatem cieszyłam się, że
labradory to rasa, która lubi węszyć, taplać się w błocie i tarzać w trawie. Tylko dzięki nim nie
sapałam jak stary parowóz przed generalnym remontem. Ale po każdym takim spacerze bolały
mnie wszystkie stawy i ogólnie byłam nie do życia.
Rower? Tu mnie macie. Od 17 roku życia, dokładnie od chwili, gdy odebrałam prawo
jazdy, nie znosiłam jazdy na rowerze. Niemniej jednak, odkąd moje dzieci ogarnęły poruszanie
się na dwóch kółkach, zdarzało mi się (bardzo sporadycznie!) pojechać z nimi gdzieś możliwie
niedaleko. Wyglądało to tak, że bachory pruły po drodze jak luksusowe Ferrari, a ja ciągnęłam
się za nimi jako dychawiczna lokomotywa.
Basen? Może być, jestem jak kaczka, lubię moczyć kuper w wodzie, a nawet potrafię
pływać. Na basen zdarzało mi się chodzić z potomstwem, ale zakładanie kostiumu kąpielowego
było wstydem i dramatem. Nad jezioro nie pojechałam za skarby świata, zaś nad polskim
morzem siedziałam na piasku (jeśli akurat trafiłam na pogodę), ratując się hasłem “woda jest
za zimna”. Jedynie w Grecji moje kompleksy chowały łeb w piasek, ponieważ – oprócz
Polaków – nnikogo nie obchodził mój wygląd. Poza mną samą.
I tu doszłam do sedna – inni ludzie. Szczupli, niekoniecznie piękni, ale wredni. Nie
mówię, że wszyscy, jednak z 80% na pewno. Ludzie nie lubią inności. Nie jest ważne, na czym
ta inność polega. Wystarczy się jakoś wyróżniać i już jest powód do ataku. A osoba otyła
zdecydowanie się wyróżnia. Media kultywują wizję modelingowych szkieletów (z całym
szacunkiem dla modelek, które wykonują naprawdę ciężką pracę), a ogół społeczeństwa łyka
ten obraz jak pelikan rybę.
Na ulicy są w najlepszym przypadku kpiące lub niechętne spojrzenia, ale wcale
nierzadko zdarzają się komentarze typu: “pastowana świnia” (doświadczyłam osobiście),
“wieprzak”, “tucznik wystawowy”, “krowa wyszła na wypas”. I różne takie. Wystarczy
usłyszeć coś takiego tylko raz – więcej z domu nie wyjdziemy, jeśli nie będziemy musieli…
Szczerze mówiąc, wcale nie owa “pastowana świnia” najmocniej ukłuła mnie w serce.
Najgorsze dla mnie były hasła w stylu: “mż”, “mniej żryj”, “idź na dietę”, “zacznij się wreszcie
ruszać”. To było koszmarem, bo wszyscy, którzy to mówili, nie mieli zielonego pojęcia, ile razy
w życiu żarłam mniej, głodziłam się, testowałam różne porąbane diety, a waga ani drgnęła!!! I
gdzie niby mam się ruszać, skoro we wszystkich siłowniach i klubach sportowych trafiam na
wypracowanych mięśniaków, którzy na mnie z politowaniem patrzą i pukają się w czoło?!!!
Nie miałam wsparcia – tto ja, nikt inny, miał mniej żreć i więcej się ruszać. Nikt nawet
nie zaproponował “chodź ze mną, pomogę ci, będę z tobą”. Nie, ja miałam to wszystko zrobić
sama, a gdy coś nie wyszło, od razu znajdowali się chętni do komentowania. Bo najłatwiej jest
kłapać gębą bez pojęcia, zamiast realnie działać…
Dlaczego ludzie chorujący na otyłość nie lubią załatwiać spraw w urzędach? Bo się
boją, wstydzą samych siebie, nie chcą słyszeć podłych komentarzy i prześmiewczych spojrzeń.
Dlaczego nie lubią chodzić po zakupy? Bo w żadne ciuchy w sklepie się nie mieszczą i nie chcą
po raz kolejny usłyszeć: “niestety, nie mamy pani/pana rozmiaru”. A podczas kupowania
produktów spożywczych wszyscy im zaglądają do koszyka i komentują. Przecież wiedzą
wszystko najlepiej.
Operacja bariatryczna to szansa na występ w nowym, zdrowszym teatrze. I wydaje mi
się, iż właśnie dlatego ważne jest opowiadanie o swoich doświadczeniach z nadwagą i
otyłością. Nie każdy chory wie o istnieniu bariatrii, ale jeśli o niej usłyszy od innej osoby
dotkniętej tym samym problemem, łatwiej mu będzie szukać wiedzy, zyska wsparcie i
poczucie, że nie jest sam.
Dla mnie nowy scenariusz napisała koleżanka (Izunia, dziękuję!), przedstawienie
wyreżyserowali wspólnie doktor Bartek i pani Agnieszka (dziękuję Wam!), a na scenie stanęły
ze mną Julitka i Paulinka (dziękuję Kochane!). Plus wszyscy na grupie SLO, którzy siedzieli
niejako na widowni i wiernie nas oklaskiwali (dziękujemy za wsparcie!).
I wcale nie chcę powiedzieć, że już przestałam grać w teatrze otyłości. Ja dopiero
dostałam szansę na nową rolę, starałam się do tej roli jak najlepiej przygotować i teraz przede
mną próba generalna – wytrwać i wygrać nowe życie.
Nie byłoby to możliwe bez wsparcia. Tego największego wsparcia, którego udzielili mi
– jeszcze niedawno całkiem obcy – ludzie, których dzisiaj mogę już nazwać “swoi”. Nie
jesteśmy sami z otyłością. W kupie raźniej.