Apetyt to świnia… Pamiętnik pacjenta bariatrycznego cz.5 – Ewa Frankiewicz
24 czerwca 2025
APETYT TO ŚWINIA
Taka wredna, upierdliwa i głośno kwicząca (z całym szacunkiem dla świń jako takich). Siedzi takie coś w człowieku i drze ryj zawsze wtedy, kiedy absolutnie nie czujemy potrzeby jedzenia. Mało tego, wyjada człowiekowi rozum, wszelkie logiczne myślenie i zasady zdrowego odżywiania (o ile takowe już posiadamy).
Warto zadać sobie pytanie, czy apetyt jest tym samym, co głód? Czy stwierdzenie „jestem głodna” zawsze oznacza „mam apetyt na pączka”? No, jednak nie. Ale każdy apetyt ma to do siebie, że łże ordynarnie i wmawia nam, iż zwykłe jabłko, tudzież zielony ogórek z jogurtem zdecydowanie nam nie wystarczą, ponieważ jesteśmy głodni i zasługujemy co najmniej na kiełbasę z grilla, zagryzioną potężnym kawałem sernika, koniecznie z rodzynkami.
Oczywiście jest to rekordowa bzdura, ale człowiek – jako istota słaba i pozbawiona silnej woli (mówię tu o sobie) – idzie we wskazanym przez apetyt kierunku niczym bezbronna owca na rzeź. I żre tę kiełbasę, szaszłyka, na deser rąbie szarlotkę i tort bezowy, a zapija to wszystko mocno kalorycznym piwkiem, bo niby dlaczego nie? Żeby potem, po owym żarciu, ruszył tyłek na spacer, rower, basen, to może w szybkim tempie nie zamieniłby się w słupek na dętki tłuszczowe. Ja jednak spacery odbywałam wyłącznie w towarzystwie psów, które – uczciwie przyznaję – są już w mocno zaawansowanym kwiecie wieku (11 i 13 lat, na labradory to nie jest mało) i ruchu potrzebują zdecydowanie mniej niż wcześniej. Czyli tu niuchnąć, tam podlać, gdzieniegdzie zamoczyć łapy w kałuży i wracajmy do domu.
Czym zatem jest głód? I kiedy zamienia się w apetyt? Dobre pytanie, sama nie wiem, czy potrafię sensownie sobie na nie odpowiedzieć. Właściwie to od lat próbuję znaleźć na nie odpowiedź, ale idzie mi… tak średnio.
Jeśli mam być szczera, to ja nigdy, nawet za czasów kartek i PRL – u, nie byłam głodna. Moja babcia była mistrzynią robienia pierogów, klusek, kopytek i leniwych, bułka tarta i kawałek masła zawsze w domu był, zatem mączne, zapychające potrawy miałam na wyciągnięcie widelca. Ponadto na wsi była rodzina, wspaniały samochód zwany Maluchem jeździł jak szatan (moją mamusię w roli szatana proszę sobie wyobrazić samodzielnie), zatem jajka, kurczaki, indyki, ewentualnie inne mięcho, regularnie się w domu pojawiało. Truskawki, poziomki, jagody, agrest i porzeczki były niemal nieograniczone. Dziecko (czyli ja) wchodziło między krzaczki i opychało się wsiowym dobrobytem. Na miejski deser zawsze była czekolada albo pomarańcze, bo tatuś pracował na uczelni i miał tak zwane „kontakty zagraniczne”. Jasne jest oczywiście, iż nie była to skala dostępności przysmaków taka, jak dzisiaj, ale większych ograniczeń nie miałam. Plus przekonanie babci, że dziecko musi jeść, bo rośnie – i baza pod otyłość rosła jak grzyby po deszczu.
Zanim zdążyłam się zorientować, upadł socjalizm i nadeszły czasy zgniłego kapitalizmu. Odtąd wszystko można było kupić w sklepie, a mnie – ukochanej jedynaczce – nikt nigdy niczego nie bronił. Chciałam loda, miałam loda, chciałam czekoladki, miałam czekoladki – lista była coraz dłuższa. A ja coraz szersza, ale na razie nie był to wielki problem. Ot, kilka kilogramów nadwagi. Dość przyznać – nie byłam głodna. Łakoma, jak najbardziej. I pazerna – bez granic.
Studia oraz praca zawodowa sprawiły, że apetyt miałam jak szarańcza na odwyku. Żarłam wszystko (no, prawie, wątróbka i brukselka do dzisiaj są niejadalne), niemal non stop, z przerwami na zajęcia dydaktyczne i lekcje. Ale to był apetyt, nie głód.
Kiedy zatem poznałam głód? Gdy po raz pierwszy byłam na diecie. Nie powiem, czyjego była ona autorstwa, ale jedzenie smażonej na smalcu karkówki, z pomidorem, 4 razy dziennie pokonało mnie po dwóch tygodniach. Rzygałam dalej niż widziałam, zwłaszcza, że akurat smalec i karkówka stanowią dla mnie niejadalne paskudztwo. Przeszłam zatem na dietę uczenie zwaną białkową, co oznaczało jedzenie bez końca płatków owsianych na wodzie, gotowanego na parze biustu z kurczaka, picie kefiru i jedzenie jajecznicy. A wszystko to absolutnie bez soli, z dodatkiem 5 litrów wody dziennie i ewentualnie szklanki Coli light. I tak przez 4 miesiące. Oczywiście po owej diecie dostałam najpierw sraczki z rozrzutem, potem spadku 20 kilogramów, następnie zjazdu poniżej parteru we wszystkich możliwych badaniach krwi, by na koniec utyć o 29 kilo. Obłęd i szaleństwo, na dodatek non stop chodziłam głodna jak dzikie zwierzę. Chleb z masłem i solą śnił mi się po nocach, a za kiszoną kapustą wyłam głosem niedożywionego wilka. Jeśli to miały być zdrowe nawyki żywieniowe, to ja podziękuję za taką dietę.
Od tego momentu na słowo „dieta” reagowałam w sposób niebezpieczny dla otoczenia. Gdy akurat byłam na diecie (ewentualnie głodówce), przypominałam niedojedzonego tygrysa – ludojada, którego obudzono w środku nocy i to bez powodu.
Tak naprawdę różnicę między głodem a apetytem zaczęłam rozumieć w trakcie przygotowań do operacji. A dokładnie w chwili, gdy nauczyłam się jeść śniadania. Wcześniej śniadania dla mnie nie istniały. Musiałam nauczyć się je jeść, co nie było proste, bo na sam widok kanapki miałam odruch wymiotny. Zaczęłam testować kefir i jogurty, gdy zatem okazało się, iż wciągam je w siebie bez problemu, mój żołądek (będący wówczas worem bez dna) zaczął się ich domagać natrętnie, uparcie i z rykiem głodnego bawołu na sawannie. Po miesiącu śniadanie stało się obowiązkowym punktem. Bez niego byłam chora na wściekliznę.
Kiedy zatem zaczęłam zauważać apetyt? W momencie, kiedy byłam najedzona – na przykład – obiadem, ale pół godziny po jedzeniu szukałam po kuchennych szafkach czegoś słodkiego, niczym narkoman działki. Dlatego właśnie mówię – apetyt to świnia ostatnia, która z nas – istot inteligentnych – robi alkoholika na głodzie. Nagle, pomimo nażarcia powyżej uszu, chcemy żreć jeszcze. Nie z powodu głodu, a właśnie apetytu. W takich sytuacjach miałam wrażenie, że jestem żywnościowym menelem.
Zauważyć coś, wcale nie oznacza, iż jesteśmy w stanie nad tym zapanować. Akurat, apetyt to istota przebiegła i jadowita, jak wąż dusiciel i diabeł w jednej osobie. Brzuch jęczy: „zaraz pęknę”, a apetyt już krąży nam wokół uszu i sączy nam w nie swoje dyrdymały: „twój mąż schował w szafce chipsy, zjedz trochę”, albo „dzisiaj miałaś trudny dzień, w szufladzie jest czekolada” – tego typu pierdoły. I tak naprawdę bardzo często (ja przynajmniej tak miałam) słuchamy łobuza, bo właściwie gada całkiem do rzeczy – faktycznie dzień był trudny, a mąż i tak prawdopodobnie ma nadciśnienie, więc jeśli mu pomogę, to zje mniej słonego. Każda wymówka i każdy pretekst jest dobry, by posłuchać apetytu. To nas właśnie gubi. Apetyt podsuwa nam żarłoczne przyjemności, które sprawiają, że paszcza nam się uśmiecha, ślina cieknie jak psu Pawłowa, a dwunastnica zwija się w ósemki. Wydzielają się endorfiny, czyli robi nam się lepiej „na głowę”. Na otyłość zdecydowanie gorzej.
Czy mnie operacja pomogła wyeksmitować apetyt ze swojego życia? Ależ skąd, on jest i nadal kwiczy. Staram się jednak słuchać głodu, a apetyt kopnąć w… wiadomo co. Na początku, przez pierwszy miesiąc po operacji, nie było to skomplikowane – nie czułam głodu, jadłam posiłki „na budzik”. Teraz już nie jest tak łatwo. Jeśli nie zjem posiłku, mój żołądek zaczyna wydobywać z siebie ożywcze bekanie, które oznacza tylko jedno: „daj jeść”. I super, bo zjadam na śniadanie niecałe pół bułki razowej z kawałkiem upieczonego osobiście schabu, zatem zdecydowanie mniej niż wcześniej (psy się cieszą z reszty), ale to wcale nie znaczy, że bym nie zeżarła czegoś słodkiego. Zeżarłabym na pewno. Ale sobie na to nie pozwalam.
Nie jestem święta, moja aureola jest o dwa numery za duża i spada mi na uszy, więc zdarzyło mi się zjeść kawałek tortu z 18 urodzin mojej córki. Na plotkach z koleżanką, przy herbacie, zjadłam jedną markizę cytrynową. Jasne, to nie paczka ciastek, nie pół tortu na raz, ale żołądek można zawsze rozciągnąć. Ja tego już nie chcę. Boję się tego. Nie kupuję słodyczy, nie wchodzę do sklepów „na głodniaka”, ale mój mąż po wyprawie do sklepu w czarne kropki (nie wymieniam nazwy, żeby nie było zaraz, że coś reklamuję) zawsze przywlecze do domu siatkę ciastek i cukierków. Jego hasło? „Dla dzieci kupiłem, odczep się”, tylko dziwnym trafem wybiera to, czego dzieci nie lubią… To akurat jest dla mnie mega trudne, bo przecież leży to słodkie dobro społeczne, bez przydziału, apetyt kwiczy, a ja muszę omijać szafkę z daleka.
I wiecie co? Mam przeczucie, że czas po operacji, to będzie właśnie świńską walką z apetytem. Bo ja nie przestałam lubić słodkiego. Nie jestem głodna, wręcz przeciwnie, po posiłkach w formie ¾ filiżanki, jestem najedzona. Staram się nie być przejedzona. Ale lubię słodkie. Zwłaszcza przed miesiączką (której formalnie nie mam, bo mam taką, nie inną antykoncepcję, ale PMS jest i ma się świetnie).
Wiele rzeczy stało się (na szczęście!) dla mnie za słodkich – nie dosładzam już kompotów, dżemy niskosłodzone też są zbyt ckliwe, nie jadam czekolady, Nutelli, batonów, szejka z owoców (bez turbanu z bitej śmietany) robię z jogurtem naturalnym, bo owocowe też są zbyt słodkie. Ale trudno mi udawać przed samą sobą, że nie zjadłabym ciastka typu herbatnik, sernik, czy szarlotka. Boję się ich bardziej, niż diabeł święconej wody. Bo chcę chudnąć, a nie znowu tyć. Apetyt łże jak świnia, bezczelnie i uparcie, a ja próbuję zamknąć go w oddalonym od domu chlewiku. Z różnym skutkiem.
Bariatria to nie rozstrzelanie apetytu i zrobienie z niego schabowego kotleta (w końcu jest świnią, tak, czy nie?). To szansa na to, by z ową świnią żyć w pewnej – luźnej – znajomości, ale jak to zrobić, tego musimy się już sami nauczyć. Ja się uczę. Codziennie. Każdego dnia. I będę się uczyć jeszcze długo, by tę świńską znajomość jak najbardziej rozluźnić.