Gwiazda – Pamiętnik pacjenta bariatrycznego – cz.7. Ewa Frankiewicz
27 czerwca 2025
GWIAZDA
Wprawdzie z Kosmosem jako takim nie mam nic wspólnego (potrafię tylko w ciągu 10 minut zrobić wokół siebie kosmiczny bałagan) i na słynnego polskiego astronautę się nie nadaję, niemniej jednak dzisiaj mam poczucie bycia gwiazdą, osobą, na którą ktoś czekał, ktoś chciał ją zobaczyć, a zobaczywszy – wpadł w co najmniej lekkie zdziwienie.
Akurat minęły dwa lata od chwili, gdy zmieniłam pracę – ze szkoły podstawowej przeszłam do szkoły średniej. I jestem niemal pewna, iż większość z Was pomyśli, że skoro nauczyciel dobrowolnie odszedł ze szkoły, to musiało mu być tam upiornie źle. Bo prawdziwe jest zjawisko, zgodnie z którym nauczyciele nie lubią zmieniać pracy, temu zaprzeczyć nie sposób.
Z czego to wynika, zapytacie? No cóż, nauczyciel nie jest osobą, która zarabia przysłowiowe kokosy, obowiązują go długie i nudne nasiadówki w postaci rad pedagogicznych (przeciętnie jedna w miesiącu), stale uczestniczy w szkoleniach, kursach i rozmaitych webinarach (bo musi, zgodnie z prawem to jest jego obowiązek), a na dodatek robi w kółko studia podyplomowe. Jeśli już skończy te dwa, czy trzy nowe kierunki studiów, aby mieć zapewniony etat w szkole na kolejny rok, to naprawdę nie ma ochoty szukać pracy w kolejnej placówce, ponieważ łatwo może trafić z deszczu pod rynnę. I pewnie znowu mu każą robić kolejne studia z powodu braków kadrowych. Obłęd oświatowy i tyle.
Jeśli dyrektor w szkole jest w miarę w porządku, nauczyciel trzyma się swojego miejsca pracy i jedynie co roku modli się (tudzież wzywa wszelkie duchy opiekuńcze, w zależności od osobistych poglądów), aby mieć etat od kolejnego pierwszego września. Przy czym skromnie przypominam, iż etat nauczyciela to 40 h pracy w tygodniu, z czego 18 h jest „przy tablicy”. Te 18 h to mit i legenda, dzisiaj nauczyciele miewają po 27 h, a nawet i po 30 h przy tablicy, pracują w kilku szkołach jednocześnie i sprawdzają prace uczniowskie oraz przygotowują lekcje przeciętnie do około 2 w nocy. Żeby na 7.15 zdążyć na dyżur. Na własną rodzinę, pasje i zwykły odpoczynek nie zostaje im wiele czasu.
Dlaczego zatem ja zmieniłam pracę? Bo mam za dobre wykształcenie, jakkolwiek to dziwacznie brzmi. Trudno mi było ciągnąć 27 godzin „tablicowych”, ucząc sześciu przedmiotów (w tym trzech terapeutycznych). Nie wierzycie? Proszę bardzo: język polski, historia, język niemiecki, logopedia, zajęcia korekcyjno – kompensacyjne i zajęcia wyrównujące wiedzę z języka polskiego. Plus wychowawstwo wybitnie wrednej klasy (którą tak naprawdę bardzo lubiłam, ale wychowawstwo odchorowałam psychicznie), ósmej na dodatek (czyli egzamin ósmoklasisty z polskiego był na moją odpowiedzialność). Nie miałam czasu na oddech, non stop miałam stertę prac do sprawdzenia i szczerze – dziwię się, że nie zwariowałam… Chciałam uczyć tylko jednego przedmiotu, maksymalnie dwóch. To była przyczyna zmiany pracy.
Odchodziłam ze szkoły podstawowej z ciężką depresją, zmęczona, wiecznie zestresowana i z tego zdenerwowania stale żrąca niczym głodna samica aligatora. Bez paznokci, makijażu, pofarbowanych włosów, w płaskich balerinach ubranych do długiej, ciemnofioletowej kiecki. Nie bez powodu wspominam tu o tych szczegółach – chcę, żebyście sobie mnie wyobrazili właśnie taką – otyłą, ubierającą się w długie, ciemne, obszerne ciuchy, na płaskim obcasie, totalnie au naturel, żeby nie powiedzieć sauté. Delikatnie rzecz ujmując – stwór bardzo mało atrakcyjny wizualnie.
Uczniowie żałowali, że odchodzę. Podobno lekcje historii ze mną były bardzo ciekawe, lekcje polskiego kreatywne, a lekcje niemieckiego wesołe. Super, ale te komplementy nie miały wtedy dla mnie większego znaczenia – byłam wykończona, smutna i znerwicowana. Na lekach. Z obłąkaną potrzebą żarcia.
Minęły dwa lata od mojego odejścia. Dwa tygodnie przed końcem obecnego roku szkolnego, dostałam telefon. Dzwoniła do mnie mama jednej z ósmoklasistek, która akurat zbliżała się do końca nauki w szkole podstawowej. Okazało się, że uczniowie ówczesnej szóstej klasy bardzo serdecznie zapraszają mnie na wieczorek pożegnalny, chcą mnie zobaczyć, porozmawiać ze mną, powspominać lekcje historii. Dzieciom się nie odmawia, oczywiście zgodziłam się, ale zrobiłam to z ogromną radością. Nie wiecie dlaczego, spoko, ja też sama nie wiedziałam, dlaczego się tak cieszę.
Zrozumiałam to później, gdy szykowałam się do wyjścia. Gdy układałam dwukolorowe włosy na głowie, robiłam makijaż, szukałam jakiegoś eleganckiego ciucha, który będzie na mnie pasował i nie spadnie mi z tyłka, bo jest o dwa rozmiary za duży. Gdy zakładałam czerwone, rzucające się w oczy, buty na dziewięciocentymetrowym koturnie. Po prostu stałam się inną osobą.
Jasne, dzieciaki zawsze lubiłam, uwielbiałam z nimi pracować, dogadywałam się z ich rodzicami, lubiłam też ówczesne grono pedagogiczne. Znali mnie wszyscy doskonale, wiedzieli w co się ubieram i jak wyglądam na co dzień. I z szacunku dla tych wszystkich osób ubrałam się elegancko.
Elegancko, to fakt, ale inaczej niż kiedyś. Miałam na sobie obcisłe, niebieskie legginsy (które świetnie udają skórzane), długą, falbaniastą, kolorem dopasowaną do legginsów tunikę, równie kolorowy makijaż i te zarąbiste, czerwone buty, made by Chińczyk, dobrane kolorem do części moich włosów. Buty na obcasie wymagają innego chodzenia, innego układu ciała. Nie mogłam się w nich wlec niczym żul po libacji.
Weszłam zatem na imprezę pewnym krokiem światowca, z uśmiechem na twarzy i szczęściem w sercu, i wtedy właśnie stałam się gwiazdą. Nie dlatego, że chciałam, nie, do tego etapu jeszcze mi daleko, tak po prostu wyszło, ponieważ wszyscy zwrócili na mnie uwagę i dostałam masę pozytywnych słów. Dzieci obległy mnie jak szarańcza, chłopaki nawet się przytulali, a dziewczynki były pod wrażeniem – niby ta sama pani Ewa, a jednak inna. Moja dawna pani dyrektor i koleżanki też mnie obsypały komplementami, rodzice uczniów również.
To tylko 20 kilogramów mniej, to tylko ciuchy o dwa rozmiary mniejsze, jeszcze naprawdę wiele walki przede mną, ale ten moment, to wejście, wewnętrznie uczyniły ze mnie gwiazdę. Nie jestem gwiazdą, nigdy nią nie będę, ale te kilka minut, ta chwila, dały mi niesamowity power do działania. Ta wewnętrzna gwiazda to właśnie ta siła, którą poczułam. Poczułam, że mam w sobie chęć, by walczyć z otyłością. I choć walka ta będzie pewnie najeżona rozmaitymi zawirowaniami, zachwianiami i odpałami – MAM TĘ MOC!
P.S. Wczoraj po raz pierwszy od mniej więcej 30 lat kupiłam sobie ciuchy w normalnym sklepie. Rozmiar 46 (wcześniej 52/54). Mam tę moc!