Pamiętnik

Samorealizacja pod zdechłym Azorkiem – Ewa Frankiewicz, Pamiętnik pacjenta bariatrycznego – cz.8


2 lipca 2025

SAMOREALIZACJA POD ZDECHŁYM AZORKIEM

            Znowu mnie napadło pisanie. Tym razem kłębi mi się w głowie mnóstwo myśli związanych z dzisiejszym spotkaniem SLO. Nie wiem, od czego zacząć. Chyba jednak najbardziej utkwiła mi w głowie samorealizacja, czyli niejako szczyt piramidy A. Maslowa, którą wszyscy znamy.

Za: www.hrlove.pl, ostatni dostęp: 2 lipca 2025, g. 23.47.

Jeśli przyjrzeć się powyższej grafice w kontekście choroby otyłościowej, to tak naprawdę da się zauważyć, iż poza potrzebami fizjologicznymi, wszystko inne u nas znajduje się w ruinie. Dlatego tytuł dzisiejszego tekstu niezbyt dokładnie oddaje to, co myślę.

            Tak naprawdę potrzeby fizjologiczne też są w kiepskiej formie. Nie mam tu na myśli czynności podstawowych, jak oddawanie moczu, czy wypróżnianie (chociaż i na tym tle otyłość może powodować rewolucje), ale przecież zaburzone mamy odżywianie, a libido leży gdzieś na samym dnie i smętnie kwiczy. Seks kojarzy się z pewnym rodzajem sportu, wysiłku, czyli jest czymś, co dla osoby chorej na otyłość może być problemem. Przyjemnością oczywiście też, ale u mnie przede wszystkim był wysiłkiem. Przyjemność była na niższym szczeblu. Mąż zachęcał, zaczepiał, a ja potrafiłam warczeć niczym zły pies (zła sucz?) na łańcuchu. Łańcuchu otyłości oczywiście. Gwoli ścisłości – gdyby zaczepiał mnie obcy chłop, nieprzynależny do mnie, dostałby po gębie i to z rozmachem, własnego chłopa lać jednak nie wypada, zwłaszcza z powodu seksu…

            Kolejny szczebel – potrzeba bezpieczeństwa, co definiuje się jako poczucie stabilizacji, bezpieczeństwa i ochrony przed zagrożeniami. No wybaczcie Kochani, ale ten poziom też, w przypadku osób otyłych, jest co najmniej trochę zaburzony. A może nawet bardzo.

            W czasach współczesnych, kiedy wśród ludzi dominuje przysłowiowy „wyścig szczurów”, stabilizacja nie jest czymś, co przychodzi łatwo, miło i przyjemnie. Pomijając już szokująco wysokie ceny w sklepach, koszty prądu, gazu i wody oraz paliwa, często zdarza się, że trudno nam związać koniec z końcem. Gdy jest się nauczycielem (tak jak ja), sytuacja taka zdarza się nagminnie, jeśli nie uda się dorobić korepetycjami, nie wystarczy do pierwszego. I tu zaczyna się kwestia otyłości.

            Na własnej skórze sprawdziłam, że rodzice potencjalnych kandydatów na korepetycje, nie oceniają nauczyciela po jego metodach pracy, umiejętnościach motywowania ucznia do działania, czy zdobywanych ocenach w szkole. Nie, na pierwszym miejscu jest ocena wyglądu, jakby to miało jakiekolwiek znaczenie w nauczaniu. Jasne jest, że nie wszyscy rodzice tak podchodzą, ale spotkały mnie już komentarze typu: „przecież pani jest za gruba, by prowadzić korepetycje dla naszej córki, ona interesuje się modą, kosmetykami, a pani się nawet nie maluje”. Zdarzyło mi się również, że mamusia jednego z uczniów zrezygnowała z moich usług po dwóch lekcjach (obserwowała jak pracuję z jej synem i nie to było problemem), ponieważ syn uznał, iż nie podobam mu się z wyglądu i nie będzie ze mną pracował. Chłopiec był w klasie 6 szkoły podstawowej.

            Na rozmowach w sprawie pracy (mówię tu o szkolnictwie, ale podejrzewam, że w innych zawodach może być podobnie) za każdym razem spotykałam się najpierw z mocno taksującym spojrzeniem, potem była rozmowa o metodach pracy i typowo szkolnych dyrdymałach, a na koniec padało pytanie: „czy poradzi sobie pani fizycznie?”. Tylko jedna z pań dyrektor pominęła zarówno taksujące spojrzenie, jak i ostatnie pytanie, ponieważ dla niej liczyło się to, jak mam zamiar pracować (mam dla tej pani wiele szacunku).

            I naprawdę nauczanie języka polskiego, historii i języka niemieckiego nie wymaga ukończenia studiów na Akademii Wychowania Fizycznego!!! Dla mnie takie pytania i spojrzenia były bardzo obraźliwie (bolesne również, ale tego nigdy nie okazałam), niemniej jednak nie miałam śmiałości zareagować, czego dzisiaj szczerze żałuję. Chciałam zdobyć tę pracę, więc się na to godziłam. Automatycznie w ten sposób wkraczałam w nowe środowisko całkowicie bez poczucia choćby szczątków bezpieczeństwa. Samo podjęcie nowej pracy jest stresujące, a gdy jeszcze mamy poczucie, że ktoś nas ocenia „za wygląd”, stres rośnie do poziomu emocjonalnych Himalajów. Ci ciekawe – nigdy z moim wyglądem nie mieli problemu uczniowie, ale dyrektorzy i pozostali nauczyciele – dość często.

            Czy w takiej sytuacji można mówić o jakiejkolwiek stabilizacji? Nieszczególnie, cały czas siedzi nam bowiem w głowie obawa, że na nasze miejsce przyjdzie ktoś szczuplejszy. Osoby otyłe nigdzie nie czują się bezpiecznie, obawiają się komentarzy, spojrzeń, krytyki zdecydowanie niekonstruktywnej.

            Potrzeba przynależności – trzeci poziom – to nic innego jak nawiązywanie relacji z innymi, odczuwanie miłości i akceptacji. Na temat akceptacji nie będę się wypowiadać, wszyscy wiemy, jak to wygląda zazwyczaj. Inność jest „inna”, nie podoba się „normalnym”. Nawiązywanie relacji z innymi również jeździ na wózku inwalidzkim. Osoby chore na otyłość rzadko inicjują kontakty społeczne, obawiając się kpin oraz odrzucenia. Doskonale wiedzą, iż są oceniane „za wygląd”, a nie za to, co sobą reprezentują. Dla większości społeczeństwa pozostają „tymi grubymi”, „gorszego sortu”. Automatycznie mogą pojawić się problemy z odczuwaniem miłości ze strony partnera/partnerki – my po prostu boimy się, że ktoś jest z nami z litości, z głupoty, bo wstyd mu nas zostawić – każdy z nas sam musi wybrać właściwą opcję. Trudno nam niekiedy uwierzyć, że druga osoba kocha nas bezwarunkowo, często wątpimy w jej intencje, co skutkuje rysami w związku.

            Ja mogę się odnosić wyłącznie do własnych doświadczeń i przemyśleń, każdemu życzę, by były inne niż moje, bardziej optymistyczne. Ale nie będę Was oszukiwać – moje przeszło dwudziestoletnie małżeństwo nie raz i nie dwa przechodziło poważny kryzys z powodu mojej otyłości. Mój mąż jest człowiekiem trudnym w hodowli, skrytym, małomównym, który najchętniej ukryłby przed samym sobą własne imię i nazwisko. Ja – ekstrawertyczka, gaduła, co w sercu, to na języku. Jeśli prawdą jest, że przeciwieństwa się przyciągają, dobraliśmy się jak w korcu maku.

            Zawsze mówię z przymrużeniem oka, iż dobraliśmy się jak dwa gołąbki – raz ja go gruchnę, raz on mnie. Bywa, że walczymy ze sobą, niemal chwytając za siekierę, zdarza nam się milczeć i rzucać na siebie wzajemnie mordercze spojrzenia, średnio raz w miesiącu któreś z nas ma ochotę wynieść się z domu w diabły – ale mimo wszystko jeszcze żyjemy ze sobą w jednej chałupie i nawet od czasu do czasu rozmawiamy.

            Mąż od wielu lat nie akceptował mojej otyłości i dokuczał mi z jej powodu. Robił to w sposób wredny i obrzydliwy, przyznaję to i jestem tego w pełni świadoma. Jego zdaniem miało to wzbudzić we mnie motywację do odchudzania, było jednak zupełnie odwrotnie. Na złość mu żarłam jeszcze więcej, nie mając pojęcia, że właściwie robię na złość również sobie. Do tej pory jest zdania, iż operacja bariatryczna to pójście na łatwiznę, wystarczyłoby przecież mniej żreć. Nie rozumie otyłości i nie chce jej zrozumieć, chociaż sam do filigranowych drobiazgów nie należy, a hasło: „każdy ptaszek ma swój daszek” jest mu bliskie. Całe życie pracował fizycznie i nie pojmuje, że ja, typowe dziecko miasta, lubię pracować umysłowo, a grzebanie w ogródku i plewienie chwastów jest odległe ode mnie o całe lata świetlne. Wystarczy mi trawnik i sztuczne kwiatki z klocków Lego, które układam pasjami.

            Nie jest to sytuacja sprzyjająca uzyskiwaniu poczucia przynależności i chociaż wiem, że mój mąż mnie kocha, jestem też świadoma faktu, iż brakuje mi szalenie jego akceptacji i wzajemnej bliskości. Tym samym trzeci poziom potrzeb zdechł po cichu i boleśnie.

            To automatycznie zaburza również poziom czwarty – potrzebę szacunku. Kurczę blade, ten mój chłop chyba jednak nie szanuje mnie w pełni jako człowieka – skoro choruję na otyłość, a on mi mówi „mniej żryj” i uważa, że zrobił wszystko, co należy. Powstaje jednak pytanie, jak wiele osób otyłych ma podobne problemy? Skoro nie szanuje nas własny partner, nie szanują współpracownicy, a szef patrzy zezem na naszą figurę, to potrzeba szacunku zaspokojona nie jest i nie będzie.

            Ja jednak mam w głowie jeszcze jedno pytanie. Czy sama siebie szanuję? I uczciwie Wam mówię – teraz tak. Gdy mam o 23 kilogramy mniej na liczniku. Nagle okazało się, że potrafię mieć własne zdanie, racjonalnie go bronić, warknąć kiedy trzeba i prychnąć, kiedy można. Dwa miesiące temu tak nie było. Można mi było powiedzieć wszystko, burczeć na mnie, kpić ze mnie, być wobec mnie złośliwym – ja milczałam i robiłam dobrą minę do złej gry. Dziś uczę się szanować siebie i oczekiwać szacunku od innych. Jeszcze wiele nauki przede mną.

            Poziom piąty, ostatni – potrzeba samorealizacji. Jako osoba chora na otyłość mogę realizować się tylko częściowo – na pewno intelektualnie, uczę się bowiem języków obcych (z pasją i radością, dla samej siebie), mam ukończone 7 kierunków studiów podyplomowych i 2 kierunki magisterskie, w październiku zaczynam kolejne dwie podyplomówki (których kiedyś nie miałam odwagi zrobić, nie wierzyłam w siebie, że dam radę) i nawet wpadł mi do głowy pomysł zrobienia doktoratu.

            Ale jednak, poza sferą intelektualną, pozostają jeszcze: sfera fizyczna i emocjonalna. Fizycznie przez ostatnie 30 lat stałam w miejscu (o ile nie cofałam się wstecz), a moje emocje również znalazły się na poziomie pod zdechłym Azorkiem. Otyłość nie sprzyja pozytywnym emocjom, szaleństwom fizycznym również nie. Podam Wam przykład – uwielbiam podróże. Kocham zwiedzać świat, miałam to szczęście, że jako młoda dziewczyna zobaczyłam większość krajów Europy Zachodniej, Środkowej i Południowej, trzykrotnie byłam w USA, dotarłam nawet do Malezji. Nie będę oszukiwać, miałam szczęście, bo mój tato miał na to pieniądze. I chciał je wydać na moje podróże. Odkąd jednak pojawiły się na świecie moje dzieci, niechętnie jeździłam w góry – bo po prostu nie dawałam rady po nich chodzić, czułam się gorsza od męża i córki, którzy po górach prują niczym niemieckie Messerschmitty. I to był swoisty niedorozwój mojej sfery fizycznej – fizycznie nie mogłam chodzić po górach, czyli nie mogłam realizować w pełni mojej pasji podróżowania. To wpływało znacząco na moje emocje – gdzieś w środku byłam rozżalona i zła, podczas gdy światu pokazywałam uśmiech i sypałam żartami jak z rękawa. I co z tego, że w międzyczasie nauczyłam się od podstaw języka niemieckiego na tyle, by się swobodnie porozumiewać w niemieckojęzycznych krajach. Nie mogłam pojechać w Alpy, bo nie miałam na to siły i byłam wściekła.

            To wszystko pokazuje, że piramida potrzeb Maslowa u osób chorych na otyłość w całości znajduje się pod zdechłym Azorkiem. A przecież my również potrzebujemy i samorealizacji, i szacunku, i przynależności, i bezpieczeństwa, i zaspokojenia potrzeb fizjologicznych. Świat nie chce nam tego ułatwić, a my sami, bez pomocy, po prostu nie potrafimy tego zrobić. Dlatego ja się cieszę, że jestem już po operacji. Jestem wdzięczna tym, którzy pomogli mi dotrzeć aż tu. Jestem szczęśliwsza o 23 kilogramy. Na nowo odnajduję swoje potrzeby i pokazuję światu, że będę o nie walczyć. Pazurami i zębami, jeśli będzie trzeba.

P.S. Inspiracją do napisania tych słów były 2 osoby – pani Marysia Brzegowy i pani Sonia Żukowska. Jestem im bardzo wdzięczna za to, co powiedziały na spotkaniu. Mogę śmiało powiedzieć, że otworzyły mi oczy.

leczotylosc.pl