Pamiętnik

Obudziłam w sobie siłę lwicy – Ewa Frankiewicz, Pamiętnik pacjenta bariatrycznego cz.11


16 lipca 2025

OBUDZIŁAM W SOBIE SIŁĘ LWICY

Co może zmienić w człowieku utrata 20 kilogramów? Wszystko! Nie miałam o tym pojęcia, dopóki sama nie zauważyłam tej zmiany. I o ile zmiany typowo fizyczne stosunkowo łatwo jest zaobserwować, o tyle nie miałam pojęcia, jak bardzo zmieni się moja psychika. Przy czym warto podkreślić, iż wspomniane fizyczne zmiany jako pierwsi zauważają ludzie, którzy widują nas raz na jakiś czas, do nas samych na początku nie dociera utracona masa ciała. Owszem, widzę po ciuchach, które z obcisłych zrobiły się niczym wory na kartofle, stanik od bikini musiałam sobie na supeł zawiązać, bo mi mój (dość obszerny) biust wypadał na widok publiczny, a dżinsowe szorty, które w pośpiechu założyłam, by zawieźć kocura do weterynarza, spadły mi do kolan, gdy tylko włożyłam do kieszeni telefon. Nagle też okazało się, iż nowe szorty zdołałam sobie kupić w normalnym sklepie, bluzki mojej mamusi, zazwyczaj za małe, nagle okazały się w sam raz, zaś majtki, dotychczas noszone na poziomie blizny po cesarskim cięciu, dzisiaj sięgają pępka.

Jasne jest, że te zmiany są fajne, ale ja jeszcze nie jestem na tym poziomie, by latać po sklepach i kupować nowe ubrania. Wciąż z tyłu głowy kołacze mi się myśl, jakoby wchodzenie do ciuchowych butików nie miało sensu, bo nie będzie na mnie rozmiaru. Jeszcze nie odważyłam się na zrobienie porządków w szafie i na wyrzucenie zbyt dużych bluzek, spodni i swetrów, tak jakbym wciąż obawiała się, że pełna zmiana nie nadejdzie, tak jakbym nadal nie była w stanie w to uwierzyć po tylu latach otyłości. Właściwie bardziej wierzę w te zmiany, gdy słyszę od kogoś o własnym schudnięciu, niż z osobistej obserwacji.

Fizyczność to tylko jeden z elementów związanych z chorobą otyłościową. Jest jeszcze psychika. U mnie wprawdzie mocno skorodowana, zeżarta przez rdzę oraz mole z depresją (ewentualnie inne żyjątka mało intelektualne), ale chyba weszłam w tej chwili w etap czyszczenia owej rdzy papierem ściernym. I to grubym.

Przez wszystkie minione lata wypracowałam do perfekcji tak zwane chowanie głowy w piasek. Na wszelkie obraźliwe, złośliwe i pseudo – żartobliwe uwagi o moim nadmiarowym wyglądzie, miałam zwyczaj reagować uśmiechem, żartem, delikatną złośliwością niekiedy (bardzo rzadko i tylko w chwilach wyjątkowej furii), ewentualnie dumnym milczeniem, okraszonym lekkim półuśmiechem. Nigdy nikomu nie powiedziałam, co tak naprawdę myślę, nigdy nie miałam odwagi powiedzieć, jak mocno zostałam zraniona, nigdy nikogo nie nazwałam świnią ostatnią i brzydkim słowem na ch***/k*** Nie powiem, że tego ostatniego szczególnie jakoś żałuję, ale jest mi wstyd, co do jakiegokolwiek braku reakcji z mojej strony. Powinnam była wprost i głośno powiedzieć: „słuchaj, to dla mnie przykre, obraźliwe, nie mów tak do mnie”. Z jednej strony miałam absolutną świadomość, iż wypowiedzenie na głos takich słów niewiele zmieni, nie sprawi, iż ów „ludź” (nie chcę nazywać go człowiekiem, nienawidzę nietolerancji) zacznie szanować mnie i osoby z chorobą otyłościową (plus ludzi z pozostałymi „innościami”). Z drugiej, najzwyczajniej w świecie, bałam się zareagować! Bałam się, że zostanę wyśmiana, zlekceważona, może nawet obrażona jeszcze bardziej, że nie zdołam ukryć łez, żalu i przykrości. Gdzieś siedziała we mnie taka swoista duma, chęć nieobnoszenia się z własnymi uczuciami, zwłaszcza tymi negatywnymi, smutnymi, bo z okazywaniem radości nigdy nie miałam problemów.

I z całą pewnością nie zostało to wyniesione z domu! Moi rodzice nigdy mi nie powiedzieli, że nie powinno się okazywać uczuć publicznie, że wskazane jest ukrywać wszystko przed światem. Oczywiście, nikt tu nie mówił o praniu rodzinnych brudów na środku ulicy (w sumie chyba takich w naszej rodzinie nie było), ale nawet gdyby wydarzyło się coś takiego, nikt by nikogo za to nie potępił. Od dziecka byłam uczona, by mieć w nosie to, co mówią o mnie sąsiedzi oraz obcy ludzie na ulicy, ale też oczekiwano ode mnie szacunku i kultury wobec tych osób. Ja miałam szczęście, bo mogłam z moimi rodzicami rozmawiać o wszystkim, łącznie z tematem okresu, seksu, alkoholu i chłopaków. Wiadomo, iż rozmawiałam o tym raczej z mamą (tata był pochłonięty pracą naukową, co nie zmienia faktu, że zawsze okazywał mi, jak bardzo jest ze mnie dumny), ale temat tabu nie istniał.

Chyba to właśnie otyłość sprawiła, że narosła we mnie owa zwariowana duma wewnętrzna, a podejrzewam też, iż dołożyła się do tego powszechna w Polsce nietolerancja. Bywałam w krajach zachodnich, widziałam jak to działa tam i niestety widzę, jak działa tu. Dlatego nikomu nigdy nie mówiłam, jak bardzo wstydzę się swojej otyłości, jak bardzo ona mnie boli. Jedyne sytuacje, w których występowałam agresywnie, wściekle i bez namysłu (zarówno ręką, jak i gębą) to takie, w których byłam świadkiem przemocy – wobec dziecka, zwierzęcia, kobiety, kogokolwiek słabszego. Wtedy moje myślenie nie działa, uruchamiają się wewnętrzne mechanizmy, nad którymi nie bardzo mam kontrolę.

Nie chcę tu powiedzieć, że nikt nigdy ode mnie po mordzie nie dostał, byłaby to obrzydliwa nieprawda. Lałam po ryju każdego faceta, który bez mojej zgody i chęci wyciągał łapy do mojego tyłka, bądź biustu. Złamałam nos gościowi, który chciał mi ukraść w trolejbusie portfel z torby. Położyłam na ziemi kumpla, który wpadł na głupi pomysł udawania, że kradnie mój samochód pod ciemnym garażem. I wykręciłam rękę obcemu chłopu, który włożył ją do mojego samochodu przez otwarte okno (stałam na skrzyżowaniu, a modne było wtedy okradanie kobiet w ten sposób) – chciał mi tylko powiedzieć, że mam flaka w oponie, ale zareagowałam instynktownie. Tyle tylko, że było to w obronie własnej. Sama z siebie nikogo nie atakuję, ale zaatakowana – odpowiadam ogniem.

Teraz, kiedy minęły niemal 3 miesiące od zabiegu, zauważyłam wyraźnie, że zrobiłam się śmielsza wobec świata. Mam więcej energii, chęci do życia, a za tym poszła (w pewnym stopniu) odwaga do działania i mówienia. Może też lepiej zrozumiałam, iż otyłość nie jest wyłącznie moim osobistym problemem – na grupie wsparcia i na spotkaniach SLO widzę coraz więcej osób, borykających się z tą chorobą. A może bardziej uświadomiłam sobie, że to, co bardzo boli mnie, boli również inne osoby, z którymi miałam szczęście się zapoznać i spotkać. Nabrałam siły do walki. Wreszcie ryknęłam jak lwica w obronie młodych. W tym samej siebie.

Zauważyłam to podczas dwudniowej wycieczki do Wrocławia, na którą zabrałam ze sobą sześcioro dzieci, z których wyłącznie dwójka była moja własna. Każde ludzkie szczenię zabrało na tę wyprawę swoje towarzystwo, dzięki czemu nikt się nie nudził i wszyscy się fajnie bawili. Moja córka z koleżankami chodziły swoimi drogami, ja zaś w towarzystwie syna i jego kolegi musiałam poradzić sobie w roli opiekuna. Jeszcze kilka miesięcy temu nie pojechałabym chyba na taką wyprawę, byłabym przekonana, że wykończę się fizycznie i psychicznie. Tym razem, mimo wielogodzinnego chodzenia, zwiedzania, szalonego upału powyżej 30 stopni, miałam z tej wyprawy mnóstwo radości. I tu właśnie moja psychika pokazała mi, jak bardzo odzyskuję wiarę w siebie oraz własne możliwości.

Na jednej z wrocławskich ulic zaczepił mnie facet, który po angielsku zapytał, jak ma dojść na rynek. Znam angielski od wielu lat, ale wcześniej byłam tak wycofana, że jąkałabym się tylko i tyle. Tym razem z uśmiechem, pełną swobodą i satysfakcją odpowiedziałam mu dokładnie na pytanie, przy okazji pogadaliśmy sobie o wrocławskich krasnalach, miłości do psów (był w towarzystwie uroczej goldenki) i pięknie polskich kobiet (miły chłop). Niby drobiazg, ale stał się lwią iskrą dla mnie.

Niewiele myśląc, chwilę później, w ciągu dziesięciu minut załatwiłam dla siebie i chłopców objazdową wycieczkę po mieście, Melexem, w towarzystwie bardzo niekonwencjonalnego przewodnika, który świetnie zainteresował młodziaków historią miasta, a na mnie, historyczce w końcu, zrobił ogromne wrażenie swoją wiedzą (przystojny też był, nie przeczę). Sama zadawałam mu mnóstwo pytań, a kiedyś siedziałabym cicho i tylko słuchała, nie mając odwagi zapytać o cokolwiek, żeby tylko nie wyjść na tłustą kretynkę.

Ponadto, gdy – na prośbę chłopaków – weszliśmy do sklepu z cukierkami, a oni oddali się słodkiej manii kupowania, ja usiadłam sobie na kanapie dla rodziców (żeby mnie słodycze nie kusiły) i wdałam się w rozmowę z przesympatyczną Niemką – tym razem po niemiecku gadałyśmy o pięknie Wrocławia, Krakowa, Berlina i Poczdamu. Niemiecki znam trochę słabiej niż angielski, ale pomagałam sobie rękami (w kryzysowej sytuacji pomogło pismo obrazkowe) i nie miałam żadnych problemów z porozumieniem. Mało tego, śmiałam się wesoło sama z siebie, gdy brakowało mi niemieckich słówek albo moja gramatyka jechała na wózku inwalidzkim. Coś, co byłoby nie do pomyślenia jeszcze pół roku temu, dzisiaj stało się całkowicie realne. I przyjemne!

Podobnie ogarnęłam temat hostelu, w którym spędziliśmy noc, dogadałam się błyskawicznie z obsługą, dowiedziałam się wszystkiego, co powinniśmy wiedzieć, a wszystko z jakąś niemal obsesyjną pewnością siebie. A niedawno chyba schowałabym się pod ladą recepcyjną, żeby mnie tylko nikt nie widział i o nic nie pytał.

Wisienką na lwim torcie stała się podróż powrotna. Jak wszystkim wiadomo, PKP to nie jest francuskie TGV, które jeździ szybko i o czasie. Ogólnie skrót PKP można wyjaśnić w bardzo współczesny sposób – Pasażer Kurde Poczeka (słowo na „k” można oczywiście zamienić na inne, wedle własnego uznania). Pociąg, który startował z Wrocławia, spóźnił się skromne 15 minut, bo zamieniono składy w ostatniej chwili. I nagle okazało się, że nasz wagon, który miał być bezprzedziałowy, jest wagonem przedziałowym, w którym nie ma naszych miejscówek. Konduktora oczywiście nie było, wolał się chyba schować profilaktycznie, bo nie było również trzech wagonów przewidzianych w rozkładzie (w tym jednego dla rowerów), możecie sobie zatem wyobrazić, co działo się na dworcu. Wtedy właśnie do reszty ocknęła się we mnie waleczna lwica – wdarłam się z chłopakami do przedziału dla matek z dziećmi do lat 6, postanawiając ambitnie, że w razie jakiejkolwiek uwagi obsługi w tej kwestii, będę im wmawiać, że moi niemal dwunastoletni chłopcy są jeszcze w zerówce, tylko wyrośli jakoś zbyt mocno. Dziewczyny na szczęście bez problemu dopadły swoich miejsc, przynajmniej o nie martwić się nie musiałam. Były w innym wagonie, a bilet był na moje nazwisko, pani konduktorka zrobiła im zatem awanturę, że jadą nielegalnie. Moja córa zadzwoniła wówczas do mnie, pominę fakt, iż trafił mnie szlag natychmiastowy. Niczym armata zajechałam na pozycję do drugiego wagonu, ryknęłam lwim głosem a wyraz twarzy zdaje się miałam nieszczególnie przyjazny, ponieważ pani konduktorka jakoś sklęsła w sobie i nawet przeprosiła dziewczyny za awanturę (nie chciało jej się sprawdzić zgodności nazwiska córki z moim). Mnie przeprosiła również.

Gdy wróciłam do chłopaków, przyszedł pan konduktor i uprzejmie zwrócił mi uwagę, iż siedzimy nie na swoich miejscach, a w ogóle ten przedział jest dla matek z małymi dziećmi. Równie uprzejmie, aczkolwiek lodowato, zapytałam go, gdzie w takim razie są w tym wagonie nasze miejscówki, bo nie mam zamiaru stać z chłopakami 8 godzin. Na co pan rozłożył ręce, w oczach miał bezbrzeżną tęsknotę za rozumem, zaś czoło żadną myślą zmarszczone nie było. Następnie zadałam mu kolejne pytanie (intonacja mojego głosu mroziła powietrze), czy w ogóle na trasie zostały wykupione miejsca w tymże przedziale. Pan sprawdził, odrzekł, że wykupione nie zostały, ale na wszelki wypadek powinniśmy opuścić przedział. Lwica w obronie młodych byłaby chyba sympatyczniejsza niż ja w tamtym momencie – zażądałam natychmiast notatki konduktorskiej ze zdarzenia, z oczu sypały mi się iskry, a między zębami fruwał dym dział bojowych. I co? Nagle okazało się, że problemu żadnego nie ma, możemy tam sobie siedzieć do samego Lublina, a w ogóle w wagonie obok jest Wars i można zjeść coś na ciepło.

Ja naprawdę wiem, że byłam wtedy niezbyt sympatyczna, nie lubię taka być, ale zaczęłam rozumieć, co to znaczy walczyć o siebie i bliskich. Nie miałam zamiaru się kłócić, nikogo wyzywać, jednakże uznałam, iż jeśli ktoś pluje mi w oczy, to ja nie będę udawać, że deszcz pada. Kiedyś położyłabym uszy po sobie, potulnie wyszłabym z przedziału albo nawet bym do niego nie weszła. Dzisiaj, uzbrojona w nową, chudszą pewność siebie, walczę i stawiam czoła wyzwaniom. I powiem Wam jedno, posługując się znalezionym właśnie w sieci cytatem: „Byłam tą, która milczy. Teraz jestem tą, która mówi za głośno. Za ostro. Za prawdziwie. I jeśli komuś to przeszkadza – niech wraca do swojej bajki. Ja już piszę własną.” (za: @duszanatchniona).

leczotylosc.pl