Pamiętnik

Krok po życie – Pamiętnik pacjenta bariatrycznego – cz. 14. Ewa Frankiewicz


2 sierpnia 2025

KROK PO ŻYCIE

Do dzisiejszej refleksji skłonił mnie wpis na naszej facebookowej grupie SLO. Jedna z pań napisała o swoich trudnościach zdrowotnych, o braku spadku wagi, mimo stosowania diety, o poczuciu własnej nieporadności, a także – może przede wszystkim – o wewnętrznej frustracji. Wszystko to uświadomiło mi, że ja też przez to przeszłam i wcale nie mówię: „mam to za sobą”.

Jako osoby cierpiące na otyłość, rozważające operację bariatryczną oraz będące „już po”, doświadczamy trudności zdrowotnych rozmaitego autoramentu. Spróbuję je niemedycznie i niepsychologicznie sklasyfikować (odnosząc się wyłącznie do samej siebie) na te, które były przed zabiegiem oraz te, które pojawiły się po nim. Zaznaczam od razu – lekarzem nie jestem – zatem nie sugerujcie się moimi rozważaniami. Ja tylko chcę powiedzieć, z czym sama musiałam walczyć.

Musicie wiedzieć, że jak na osobę otyłą, mogę śmiało powiedzieć, iż byłam niemal okazem zdrowia. Niemal. Dopiero dzisiaj, po utracie prawie 25 kilogramów (akurat minęły 3 miesiące od operacji) zauważyłam, jak wielkie było owo „niemal”. Na co chorowałam? Na nadciśnienie.

Na pewno niejeden i niejedna z Was zapyta: „i tylko tyle?”. Teoretycznie tylko tyle, a praktyce – aż tyle. Nadciśnienie rozpoznano u mnie przypadkiem. Przeszło trzy lata temu, kiedy pracowałam w szkole. Na bóle głowy cierpiałam notorycznie, budziłam się z łepetyną niczym kula armatnia, ale brałam przysłowiową tabletkę od Goździkowej i przechodziło. Ewentualnie poprawiałam ją Ibum Supermaxem i dawałam radę żyć. Ciśnienia nie mierzyłam, bo dobrze się czułam. Zapomniałam jednak o pewnym prostym fakcie, nie mam pojęcia czy typowym medycznie, czy nie, mianowicie byłam (nadal chyba jestem) osobą, która nie odczuwa wysokiego ciśnienia, o ile nie przekracza ono 170/100. Niskie, a i owszem, odczuwam zawsze i jestem nieszczególnie żywa, gdy mam 100/80. Ale wysokie mogłam mieć niejeden raz, tylko go po prostu nie poczułam.

Trzeba trafu, iż właśnie trzy lata temu, z okazji zbliżającego się Dnia Ziemi, przygotowywałam z koleżankami ekologiczny pokaz mody. Wszystkie trzy byłyśmy kompletnie wykończone, śpiąc po 2 – 3 godziny na dobę i szykując wraz z uczniami pokazowe stroje ze śmieci. Pokaz miał być w piątek, zaś w poprzedzającą środę odbywały się ostatnie przymiarki. Od 7.30 urzędowałyśmy w szkole z igłą, nitką, taśmą klejącą oraz klejem na gorąco, i w okolicach godziny 9.00 brakowało nam już tylko materaca i poduszki. Dziewczyny uznały, iż muszą napić się kawy, ja – z racji kawowstrętu – wypiłam cappuccino. Słabe. Więcej mleka, niż czegokolwiek innego. Po kwadransie poczułam przejmujące zawroty głowy, nudności, duszności, przestałam kontaktować i nie wiedziałam, co się ze mną dzieje. Gdy zmierzyłam ciśnienie, wynik pokazał 200/115! Jedna z koleżanek miała akurat przy sobie lek obniżający, po natychmiastowej teleporadzie z moją lekarką rodzinną, wepchnięto mi go pod jęzor z założeniem: „jeśli za pół godziny nie spadnie, dzwonić po karetkę, jeśli spadnie, przyjechać do przychodni na EKG”. Spadło na szczęście. Pojechałam do przychodni, dostałam nakaz mierzenia ciśnienia trzykrotnie w ciągu dnia przez dwa tygodnie i przewidziano kontrolę. Niestety, wartości codzienne przekraczały 140/90, włączono mi leki (najniższa dawka) i od tego momentu brałam je już stale.

Niech się Wam jednak nie zdaje, że nadciśnienie było jedynym moim problemem zdrowotnym. Stwierdzonym, tak. Podświadomie jednak wiedziałam doskonale, że otyłość robi w moim organizmie krecią robotę, ale nie chciałam się do tego przyznać.

Zaliczyłam kiedyś kopniaka w kolano od ucznia. Nie celował we mnie, oberwałam rykoszetem, chcąc rozdzielić dwóch tłukących się siedemnastolatków. W efekcie miałam zerwane więzadło boczne i blisko miesiąc byłam unieruchomiona. Potem chodziłam o kulach. Mój pan doktor ortopeda jest człowiekiem taktownym, jedynie delikatnie zasugerował mi, że moja nadwaga znacznie utrudnia leczenie, kiwnęłam głową i żarłam dalej. Przeszłam długotrwałą rehabilitację, pani rehabilitantka również wspominała o nadwadze, ale mnie łatwiej było ominąć temat. Zauważyłam, że kolana bolą mnie mocniej i mocniej, chodzenie po schodach i wychodzenie z wanny stawało się coraz bardziej skomplikowane. Wolałam jednak to wszystko zrzucić na karb uczniowskiego kopniaka. W tle widniało czerwone hasło „nadwaga”, ale zamykałam oczy.

W pewnym momencie bóle głowy zaczęły być tak upierdliwe, że leki przestały pomagać. Jedynym wyjściem było położenie się na kanapie z zimną, mokrą szmatą na czole i próba zaśnięcia. Niestety, nie szło to w parze z brakiem apetytu, wręcz przeciwnie, frustracja z powodu bólu nasilała potrzebę żarcia. Mój (skądinąd świetny) stomatolog zauważył też, że nie mogę zbyt długo utrzymać otwartej buzi, z powodu bólu stawów skroniowo – żuchwowych. Faktem jest, iż bardzo często zaciskałam zęby, nocami dochodziło do tego zgrzytanie, a wszystko to wynikało w głównej mierze ze stresu, ale też miało związek z nadciśnieniem. Zaproponowano mi leczenie ortodontyczne, fachowo nazywa się to deprogramator, nie pytajcie mnie, czym to dokładnie jest, błagam! Generalnie chodziło o to, żeby wykonać dla mnie takie ustrojstwo, które będzie się trzymało między górnymi zębami a podniebieniem twardym, i nie pozwoli mi zaciskać szczęk. Doktor ortodontka zaleciła mi również rezygnację ze słodyczy i fast – foodów, a także kontrolę ciśnienia.

Sądzicie, że posłuchałam? A skąd. Deprogramator nosiłam, uczciwie, bóle głowy zelżały, gdy zatem odeszły mi od tyłka, przestałam przejmować się ciśnieniem. Ponadto, na bazie osobistego debilizmu, doszłam do kretyńskiego wniosku, iż słodycze i fast – foody ze stawami paszczy nie mają nic wspólnego, nie mogą mieć, koniec, kropka. Żarłam dalej.

Do tego dołączyły jeszcze wyniki badań krwi, a konkretnie poziom cukru na czczo. Nie były to jakieś zawrotne wartości, norma nie była jakoś straszliwie przekroczona, łatwo mi było wytłumaczyć to sobie dwoma kieliszkami wina wypitymi wieczorem, bądź obfitą kolacją na słodko. Gdy moja lekarka rodzinna skierowała mnie na powtórne badania, na wszelki wypadek nie jadłam nic poza warzywami od południa, byle tylko następne wyniki wyszły dobrze. I wychodziły, dlaczego nie. Cukier w moczu się nie pojawiał (to by mnie chyba zaniepokoiło), cukrzycy zatem nie mam. Ot, tłumaczenie godne ćwoka.

Kolejny problem – obrzęki. W ciągu ostatnich kilku lat zaczęłam zauważać, iż ślubna obrączka gryzie mnie w palec. I nie miało to nic wspólnego z pojawieniem się obcego, atrakcyjnego chłopa w moim bliskim otoczeniu, wręcz przeciwnie, własny chłop mi wystarczał całkowicie (niekiedy, w pewnym zakresie, wręcz przeszkadzał). Latem nie mogłam włożyć żadnych butów, nawet rozdeptane klapki uwierały mnie w stopy, założenie skarpetek było wyczynem nie lada. Był nawet moment, kiedy – po jakimś stosunkowo krótkim locie samolotem – nogi spuchły mi tak koszmarnie, że pojechałam do przychodni i weszłam do lekarza boso. Upiornie bolały mnie wówczas nawet łydki. Dostałam leki, zalecenia, przez dwa tygodnie faktycznie piłam więcej wody, lecz kiedy sytuacja się uspokoiła, dałam sobie spokój z leczeniem, uznawszy, iż jestem zdrowa jak koń. Obrzęki były, nie widziałam swoich kostek, ale udawałam przed samą sobą, że nic mi nie jest. Tylko buty kupowałam rozmiar większe.

No i chyba najbardziej wstydliwy problem, który dziko ukrywałam przed światem – nietrzymanie moczu. Nie była to jakaś skala problemu, który uniemożliwiał mi pracę, czy wyjście towarzyskie, nie miało to związku z wysiłkiem, kichaniem, kaszlem i śmiechem, nie cierpiałam na naglące parcia. Po prostu… przeciekałam. Wkładki zdecydowanie wystarczały, chroniły bieliznę, zatem ten problem przemilczałam nawet przed ginekologiem. Ale miałam pełną świadomość, iż przyczyną tego jest otyłość. Tylko nie chciałam się do tego przyznać.

Mogę śmiało powiedzieć, że 25 kilogramów temu byłam na najlepszej drodze do zawału, udaru, wylewu, deformacji stawów i kręgosłupa. Kroczyłam drogą zbliżającej się cukrzycy, zakrzepicy żył głębokich, nietrzymania moczu, refluksu i rozmaitych innych przypadłości. I wcale nie było łatwo podjąć decyzję o operacji. A nawet – raz podjętą – gotowa byłam wycofać, zapomnieć o wszystkich przygotowaniach i olać temat.

Nie będę udawać, miało to silny związek z depresją, na którą choruję, z kryzysem zawodowym i rodzinnym, który mnie dopadł i wykańczał. Miałam poczucie, że jestem totalnie do niczego, że wszystko robię źle, a nawet jeśli przez chwilę coś mi dobrze wychodzi, to zaraz to zepsuję. Miałam śmierdzącą kupę wątpliwości, zastanawiałam się, po co mi operacja, może jakoś schudnę sama, a jak nie, trudno się mówi i żyje się dalej. Nie docierała do mnie perspektywa raczej krótkiego tego życia.

Problemy zdrowotne ma każdy – tak sobie tłumaczyłam – nie jest ze mną jeszcze tak źle, 150 kg nie ważę, nadciśnienie można leczyć, cukier można ogarnąć nie jedząc przed badaniami, a nietrzymanie moczu załatwią odpowiednie wkładki. Po co zatem się okaleczać, dać się kroić, nie wiadomo, jakie będą tego skutki, przecież lubię jeść słodycze, czy ja mam już nigdy w życiu nie zjeść pizzy albo burgera?!

Tak naprawdę guzik wiedziałam o przygotowaniach do operacji, a gdy już się zorientowałam, na czym to polega, uznałam, że przecież jest to proste, wręcz banalne. Były chwile, kiedy tliło się we mnie przekonanie, jakoby przygotowania do zabiegu były zwyczajnie niepotrzebne. Dopiero dzisiaj, z perspektywy 9 miesięcy (dokładnie tyle minęło od mojej pierwszej wizyty u pani Agnieszki), rozumiem, jaka byłam głupia. Ale szczerze mówiąc, musiałam zobaczyć na własnym ciele efekty operacji, by to wszystko zrozumieć i poukładać sobie w głowie.

Sama zmiana nawyków żywieniowych trwała kilka miesięcy. Zaliczyłam sporo wpadek, miesiąc trwało, zanim nauczyłam się jeść śniadania, dwa miesiące uczyłam się gotować bez kostek rosołowych i używać jogurtu zamiast śmietany, a przeszło pół roku zajęło mi odstawienie słodyczy, smażonych potraw i fast – foodów. Ba! Idąc na pierwszą wizytę do dietetyka, z tyłu głowy siedziała mi myśl, że najwyżej mi się nie uda, przejmować się nie będę. Rozumiałam jednak (na tyle starczyło mi intelektu), iż moje przygotowania do zabiegu nie będą ani łatwe, ani krótkie. Od razu założyłam z góry co najmniej pół roku oczekiwania na operację, z opcją przedłużenia tego czasu.

Dopiero z czasem, kiedy udało mi się ogarnąć temat żywienia, zaczęło mi zależeć. Wewnętrznie poczułam to coś, tę myśl: „ja tego chcę!”. Wciąż jednak nie nastawiałam się zbytnio na sukces, tak jakbym nie wierzyła w tę operację, w to, że ona się odbędzie. A już o długofalowych jej skutkach nawet nie myślałam, chciałam przetrwać pierwsze sześć tygodni.

Teraz, po trzech miesiącach, dotarło do mnie wiele rzeczy. Cukier mam w normie (nadal biorę leki na insulinooporność, ale stopniowo zmniejszamy z lekarzem rodzinnym dawkę), ciśnienie w normie (minimalne dawki leków), nietrzymanie moczu zmniejszyło się do tego stopnia, że mogę używać zwykłych wkładek, a nie specjalistycznych, nie dokucza mi refluks. No i najważniejsze – po raz pierwszy od lat pojechałam w góry. W Alpy Austriackie. Tak z grubej rury. Nie powiem, żebym biegała po szczytach niczym młoda kozica w rui w poszukiwaniu kozła, ale powoli, we własnym tempie, udało mi się dotrzeć do wodospadu (1306 m n.p.m.) i na lodowiec Kaunertal (2180 m n.p.m.). Niestrudzenie mogłam też spacerować po Salzburgu, Innsbrucku oraz Bad Ischl, bo kolana przestały mnie tak bardzo boleć. Właśnie w Bad Ischl, podczas zwiedzania rezydencji cesarza Franciszka Józefa, zauważyłam, że nawet stanie i słuchanie przewodnika (który gadał wyłącznie po niemiecku) mnie nie męczy. Zwykle po piętnastu minutach stania wyłączyłabym świadomość, myśląc jedynie o bólu nóg. Tym razem stałam, słuchałam, zadawałam pytania i było mi żal, gdy zwiedzanie się skończyło.

Właśnie tam, w Austrii, zrozumiałam, iż podejmując decyzję o operacji, zrobiłam krok po życie. Jasne jest, że zdarzają mi się grzeszki (rzadko, bo rzadko, ale święta nie jestem i nie będę), ale teraz już wiem, jak sobie z tym poradzić. Pilnuję również ilości, staram się nie przejadać, pić odpowiednią ilość wody i spacerować. Polubiłam spacery!

Musiałam zauważyć zmiany w swoim samopoczuciu, by zrozumieć, co to dla mnie oznacza. Mam nadzieję, że dzięki tej operacji, wkrótce zrobię o wiele więcej rzeczy, o których marzyłam od lat, ale nie pozwalała mi na to otyłość oraz wstyd jej towarzyszący.

leczotylosc.pl