Pamiętnik

Legenda o lubelskim bazyliszku – Pamiętnik pacjenta bariatrycznego – cz.21. Ewa Frankiewicz


16 sierpnia 2025

LEGENDA O LUBELSKIM BAZYLISZKU

            Wiecie co? Dzisiaj jest rocznica mojej rozmowy z koleżanką, dzięki której jestem teraz po operacji i walczę o nowe życie. To ona opowiedziała mi o naszym Panu Doktorze i przypomniałam sobie, co czułam przed pierwszą wizytą. Było… powiedzmy… ciekawie…

Sądzę, iż legendę o warszawskim Bazyliszku znają wszyscy. Jeśli nie, odsyłam do stosownej literatury, autorstwa Wandy Chotomskiej, bo tu nie podręcznik od języka polskiego dla klasy czwartej szkoły podstawowej. Tu będzie mowa o Bazyliszku lubelskim, który zresztą okazał się przeuroczym człowiekiem, nie mającym nic wspólnego ze złym smokiem ze średniowiecznych podziemi.

            Nie będę tu też opisywać zasad działania Narodowego Funduszu Zdrowia, bo wyszłaby z tego kiepska opowieść dla seryjnych morderców, obficie podlana oślizgłym sosem politycznych przekrętów. Dość powiedzieć, że skrót NFZ powinno się w istocie tłumaczyć jako Nieuniknione Frustracje Zdrowotne. Niemniej jednak, zapisując się we wrześniu 2024 roku na tak zwaną funduszową wizytę, jej termin dostałam na 13 lutego 2025. Skromne pół roku, nie ma się co czepiać, niektórzy czekają 3 lata na wizytę u specjalisty (o ile dożyją).

            Ja jednak mam w sobie genetyczną niecierpliwość – po tatusiu, dla którego 2 minuty oczekiwania stanowią 2 dni, a 30 sekund spóźnienia to niezmywalna plama na profesorskim honorze (gwoli ścisłości – to tatuś jest profesor, ja tylko zdublowana magister). Uznałam zatem, iż 6 miesięcy oczekiwania to kiepski pomysł, ponieważ mogę się rozmyślić, zapisałam się więc na wizytę prywatną do wspomnianego wcześniej Doktora Bartłomieja.

            Jak sobie wyobrażałam to spotkanie? No cóż, wyobraźnię mam bujną i kosmatą, więc Pan Doktor jawił mi się niczym stwór rodem z piekieł. Gdzieś tak wewnętrznie miałam przeczucie, iż skoro jest chirurgiem, to przy okazji na pewno musi być krwawym sadystą, jako że chirurdzy mają przyjemność z krojenia ludzi. Spodziewałam się więc wielkiego, brodatego chłopa z łapami niczym bochny chleba, groźnego, mało kontaktowego, który przygwoździ do podłogi całe moje 120 kilogramów wagi jednym spojrzeniem smoczego, zielonego oka. Wedle moich przewidywań, miałby on krążyć po gabinecie szybkim, marszowym krokiem, wydawać rozkazy wdzięcznym głosikiem salwy armatniej i wypraszać pacjentów po maksymalnie 10 minutach wizyty. Jego biały fartuch przypominać miał skrzydła XVII – wiecznej husarii, tyle że zamiast miecza, w dłoni trzymałby skalpel. Co ciekawe, nie wyobrażałam sobie konia, ale może to lepiej?

            Na miejsce trafiłam bez problemu, nawet – mimo obrzydliwego deszczu i ponurych, wrześniowych ciemności – zdołałam wjechać na parking podziemny, nie demolując połowy samochodów dookoła (prawdopodobnie tylko dlatego, że było ich niewiele). Tu muszę oficjalnie wyznać (wolę teraz, by uniknąć ewentualnego szantażu w przyszłości), iż po ciemku jeżdżę jak podhalańska owca w okularach przeciwsłonecznych, kto ma olej w głowie, niech ucieka, gdy mnie widzi za kierownicą po nocy. Udało mi się skutecznie zapłacić za parking, trochę za dużo, ale to był wypadek przy pracy, i odnaleźć gabinet Pana Doktora na samym końcu korytarza, długiego i pokręconego niczym jelita dwudziestoletniej kozy. Od razu uznałam, iż musi to być zapowiedź chirurgicznych pasji pana doktora, co sobie wtedy o nim pomyślałam, pozwólcie, że pominę, przyjmijmy po prostu, jakoby architekt wnętrz był jego bratem bliźniakiem.

            Tu muszę od razu uczulić potencjalnych pacjentów – podłoga w poczekalni jest śliska i przypomina lodowisko miejskie w pełni sezonu zimowego, jeśli ktoś ma gładkie podeszwy butów, proponuję drobić niczym wiotka hinduska tancerka, w przeciwnym wypadku zaliczymy tak zwaną glebę.

            Usiadłam w poczekalni i w tej samej chwili poczułam, jak mi żołądek o zęby stuka. Jak nic moje ciało wyczuło, że się szykuje zamach na wnętrzności osobiste i usiłowało w ów skromny sposób przeciwdziałać przemocy. Czułam się normalnie jak indyk przed egzekucją w amerykańskie Święto Dziękczynienia. Wypełniłam ankietę i czekałam na wezwanie do sali tortur.

            Nagle wyszła pani pielęgniarka, zaprosiła mnie do gabinetu a wtedy już nie wypadało mi przyznać się, że właściwie mam ochotę uciec, weszłam zatem i wzrokiem szukałam oczekiwanego potwora. Zobaczyłam uśmiechniętego, szczupłego, sympatycznego faceta, owszem, brodatego, ale figlarne kurwiki w oczach miał. Głos miał normalny, surmy bojowej nie przypominał. W tej samej sekundzie uznałam, iż jest to swój chłop, a moja wyobraźnia jest świnią ostatnią z zaplutym ryjem.

            Pierwsze, co kazał mi uczynić Pan Doktor, to stanąć na wadze. Trochę miałam obawy, czy waga to wytrzyma, ale podjęłam męską decyzję. Weszłam. Magii nie było, dobrej wróżki również nie – 122 kilogramy jak byk. No, może byk waży jednak nieco więcej… I jest trochę bardziej łaciaty… Niby się tego spodziewałam, ale czym innym jest spodziewać się, a czym innym zobaczyć to na własne oczy i to w gabinecie faceta, który – być może – w przyszłości będzie dłubał i grzebał w moich wnętrznościach.

            Moją pierwszą myślą było „wstyd”, drugą „to naprawdę ja?”, a kolejne przybyły lawiną. Konkluzja była jedna – jeśli czegoś ze sobą nie zrobię, za kilka lat moje dzieci nie będą mieć matki, mąż żony, a psy i koty pańci. Wylew, zawał, udar niedokrwienny, galopująca cukrzyca i ześwirowane nadciśnienie – przyjdą, nie będą czekać, radośnie odtańczą danse macabre nad moją głową. To wszystko właśnie dotarło do mnie wtedy, w tym gabinecie, na pierwszej wizycie. Chyba nawet coś w tym stylu powiedziałam do Pana Doktora, ale – szczerze – nie pamiętam. Jedyne, co zostało w mojej pamięci, to ta koszmarna otyłość, którą zrozumiałam, zauważyłam właśnie w tamtym momencie. Już nie byłam grubą, akceptującą się osobą. Byłam otyłym potworem, który nie chce na siebie patrzeć.

            Pan Doktor nie wyrzucił mnie wcale z gabinetu po 10 minutach. Spokojnie, rzeczowo i z uśmiechem od ucha do ucha przedstawił mi sytuację, omówił możliwości leczenia, scharakteryzował ewentualne konsekwencje, ale dobitnie podkreślił, że zalet operacji bariatrycznej jest więcej, niż wad. Sądzę, że na moim średnio atrakcyjnym obliczu malowały się wybitne Himalaje głupoty, czoło miałam – z całą pewnością – myślą nie zmarszczone, a w oczach malowała mi się bezbrzeżna tęsknota za rozumem. Zaczęłam rozumieć po polsku mniej więcej po pięciu minutach, gdy smętne resztki umysłowe jęły powracać świńskim truchtem do mojego udręczonego mózgu. Po kolejnych pięciu uznałam się za istotę mieszczącą się w normie intelektualnej i wtedy już wiedziałam, że chcę spróbować – zrobię wszystkie wskazane badania (o nich jeszcze będzie) i może akurat zostanę zakwalifikowana do operacji. A jeśli nie, to przynajmniej sama sobie nie napluję w gębę, że nie spróbowałam.

leczotylosc.pl