Gastroskopia show! – Pamiętnik pacjenta bariatrycznego – cz.23. Ewa Frankiewicz
19 sierpnia 2025
GASTROSKOPIA SHOW
Tak naprawdę, gdy doktor Bartek powiedział mi, że przed zabiegiem pacjent musi zrobić gastroskopię, prawie umarłam. Ze strachu. Moja mamusia, która niegdyś, przed wielu laty, łykała tę obrzydliwą rurę, bardzo skutecznie zniechęciła mnie do podobnych praktyk. Zresztą, biorąc pod uwagę, że ja nawet po znieczuleniu u dentysty jestem w stanie ozdobić pawiem pomieszczenie, połknięcie kilkumetrowej rury jawiło się niczym koszmar z najgorszych snów. Rzecz niemożliwa do realizacji i tyle.
Podobne przekonanie zresztą miałam na temat kolonoskopii. Wpychanie rury w zdecydowanie inny koniec człowieka (ten bardziej śmierdzący) i czynienie owej zbrodni „na żywca”, również nie wchodziło w grę. Mój tyłek moją twierdzą! Na szczęście, do operacji bariatrycznej, kolonoskopia nie była potrzebna. Jedno badanie mniej.
Ogółem wtykanie we mnie czegokolwiek jest obrzydliwe i paskudne (z wyjątkiem jednej sytuacji, ale to opowieść do czytania po 22.00 i raczej w innym rodzaju literatury), niezależnie od tego, czy jest to szpatułka służąca oglądaniu gardła, czy igła mająca ze mnie utoczyć krew, czy może stomatologiczne lusterko. Rozumiałam jednak, iż tym razem nie uniknę tej – jakże koszmarnej – atrakcji. Z miejsca jednak postanowiłam, że choćbym miała się zapożyczyć a męża sprzedać do muzułmańskiego haremu (przebranego oczywiście za urokliwą blondynkę z dużym biustem), gastroskopię zrobią mi wyłącznie w uśpieniu. Gotowa byłam zgodzić się nawet na tak zwaną „świńską narkozę” (młotkiem po łbie), byle podczas badania odpłynąć w niebyt.
Wiedziałam, że lubelski Gastromed dysponuje usługą gastroskopii w narkozie, aczkolwiek mocno obawiałam się ceny, jaką za tę przyjemność będę musiała zapłacić. Na szczęście okazało się, iż nie jest to już jakaś wielka nowość i takie badanie kosztuje skromne 550 zł. Nie jest to mała kwota, ale uznałam ją za sensowną, biorąc pod uwagę mój rozmiar wszerz i konieczność przetransportowania owych upasionych zwłok na łóżko, celem dobudzenia po zabiegu. Umówiłam się zatem na wizytę do doktora o szalenie przyrodniczym nazwisku i fryzurze doń ściśle dopasowanej. Był on imiennikiem mojej ulubionej postaci literackiej, czyli Maćka z Bogdańca, tegoż samego, który usłyszał tętent kopyt i ujrzał Jagienkę wybiegającą z lasu. Samo to powodowało, że byłam do niego dość życzliwie nastawiona.
Na badanie czekałam miesiąc, na dodatek musiałam stoczyć zaciętą wojnę z ówczesną dyrekcją szkoły, bym mogła odpracować lekcje z tego dnia i mieć dzień wolny (jak wiadomo, nauczyciel ma urlop w ferie i wakacje, kto to widział brać dzień wolny w listopadzie…). Wojnę wygrałam i czekałam na badanie mając pełne gacie strachu. Oczywiste jest, że w dniu badania byłam na głodzie, nawet wody nie wolno było pić, zatem jęzor przysychał mi do podniebienia (leki psychiatryczne bardzo wysuszają paszczę). Czułam się jak na kacu po Mamrocie.
Mój mąż był tego dnia w pracy na rano, zatem do miejsca kaźni podwiozła mnie mamusia. Od razu na wstępie wpędziła mnie w stres, ponieważ z zasady jeździ bardzo powoli, ja zaś spieszyłam się nie dlatego, żebym miała mało czasu, ale z tego powodu, że chciałam jak najszybciej zasnąć. W rejestracji wypełniłam tonę papierków, wyrażając zgodę na znieczulenie ogólne podczas badania, pobranie wycinków i całe mnóstwo innych rzeczy. Następnie zostałam pokierowana do pracowni endoskopowej.
Do gabinetu zaprosiła mnie młoda i atrakcyjna pani pielęgniarka, gdybym była facetem, to na pewno na jej widok udawałabym co najmniej goryla walącego się pięściami po klacie i wydającego z siebie dzikie ryki. Pan doktor był nieco mniej atrakcyjny wizualnie, nie musiałam zatem zamieniać się na jego widok w laleczkę Barbie (byłaby to z całą pewnością Barbie Plus Size). Był jednakże bardzo wesoły, kompetentny, zanim wypełnił wszelkie dokumenty zdążyliśmy sobie pogadać o zasadności średniowiecznych metod ucinania rąk, nóg i uszu przestępcom rozmaitego autoramentu (rozmawialiśmy o znęcaniu się nad zwierzętami). Pan doktor wyraził również zdziwienie faktem, iż lubię pracę w szkole (wtedy jeszcze lubiłam), potwierdził wówczas istnienie wariatów, po czym kazał mi się ułożyć na leżance i powiedział do mnie: „może pani już zacząć liczyć barany”. Pamiętam, że zapytałam go, czy zamiast baranów mogę liczyć krokodyle, ponieważ barany mam w szkole, zobaczyłam jak nad moją głową przelatuje wielgachny aligator z różową kokardą i chyba wtedy właśnie urwał mi się film.
Zostałam obudzona, kiedy było już po wszystkim, pani pielęgniarka wywiozła mnie na wózku do sali odpoczynku, gdzie zwaliłam się na łóżko i na godzinę zasnęłam martwym bykiem. Trochę mnie bolało gardło i było mi z lekka mdło, ale żadnych sensacji większych nie miałam. Zapytali tylko, czy ma kto po mnie przyjechać, czy trzeba mi wezwać taksówkę, dostałam do ręki wynik badania (jak się okazało, nie trzeba było pobierać żadnych wycinków, żołądkowego „helikoptera” czyli helicobacter pylori również nie znaleźli) i mogłam sobie iść do domu. Zakazali mi jeść i pić jeszcze przez 3 godziny, zasugerowali, że najlepszym wyjściem jest pojechać do domu i spać.
Bardzo dokładnie zastosowałam się do powyższej rady, właściwie nie pamiętam nic z podróży powrotnej, przejechałam dwadzieścia kilometrów z moją mamusią, podobno z nią nawet rozmawiałam (nie przyznaję się do winy), w międzyczasie napyskowałam panu policjantowi, który mamusię zatrzymał do kontroli antyalkoholowej (tym bardziej nie przyznaję się do winy) i powiedziałam dobranoc sąsiadce o godzinie 11.00 przed południem.
Tego, co zdarzyło się tuż po badaniu też zupełnie nie kojarzę, podobno zapłaciłam za nie przy wychodzeniu, nawet wpisując właściwy pin do karty, ale totalnie nie mam świadomości swoich czynów. Nie wiem, co mówiłam i robiłam, jeśli popełniłam nawet jakieś przestępstwo, to w narkotycznym widzeniu i nijak inaczej.
Każdemu polecam wykorzystać możliwości współczesnej medycyny i dać się uśpić do gastroskopii. Gdybym miała przejść to badanie w pełnej przytomności ciała i umysłu, jestem święcie przekonana, że pan doktor miałby zapaskudzony fartuch, pani pielęgniarka – w najlepszym wypadku – byłaby krwawo pogryziona, gabinet endoskopii zaś wyglądałby niczym obraz nędzy i rozpaczy. Ja wcale nie żartuję – mój pan dentysta doskonale wie, jak trudnym jestem przypadkiem w kwestii silnego odruchu wymiotnego i łapania za fartuch, tudzież za gardło. Po co się męczyć? Jeśli tylko mamy możliwość spać podczas oglądania naszych wnętrzności (niezależnie od tego, którym końcem człowieka wpychana jest rura), skorzystajmy z niej, dając wytchnienie samemu sobie i lekarzowi.