Jestem inna, nie bądź mną! Pamiętnik pacjenta bariatrycznego – cz.10
15 lipca 2025
JESTEM INNA – NIE BĄDŹ MNĄ
Ja tak w ogóle jestem całkiem nienormalna i zwariowana, nie jest łatwo wytrzymać ze mną na co dzień, bo kto jest w stanie znieść szaleńca przez 24 godziny na dobę? Jestem pierwsza do robienia głupawych dowcipów, uwielbiam żartować sama z siebie (z innych niekoniecznie, chyba że chcę kogoś wkurzyć do białej gorączki, najczęściej męża, ale to zemsta za wzajemne trudności małżeńskie), jestem też rozgadaną ekstrawertyczką, która nie waha się przylać po gębie obwiesiowi, który znęca się nad zwierzęciem (nawet jeśli jest to krokodyl), dzieckiem, bądź kobietą, ewentualnie chce mi ukraść samochód, tudzież torbę. W takich sytuacjach natychmiast wyłączam myślenie i uruchamiam wściekłą furię, z ręko – i nogoczynami włącznie (zęboczyny również bywają w użytku).
Moja nienormalność i szaleństwo (które w sobie uwielbiam i nie zmienię tego za żadne skarby świata), nie jest jednak innością, o której wspominam w tytule wpisu. Moja inność związana jest z otyłością oraz z emocjami, które przeżywam po operacji bariatrycznej.
Odkąd sięgam pamięcią, zawsze różniłam się od swoich rówieśników. Moje koleżanki były chude i długie, ja krótka i pękata. Wzrost akurat był całkowitym przypadkiem, ponieważ moi rodzice zdecydowanie nie należą do osób wysokich, dziadkowie również, nie miałam zatem szans wyrosnąć na wdzięczną żyrafę o smukłych kopytkach. Pękatość jednak zawdzięczam kluskowo – pierogowej diecie babcinej, wybitnej niechęci do ruchu jako całości, pełnej akceptacji rodziców dla mojego siedzącego trybu życia i zakuwania z dziką pasją oraz własnemu obżarstwu hard level.
W podstawówce mój wygląd nie był jeszcze wielkim problemem (z naciskiem na „wielki”), poza tym byłam córką nauczycielki, zatem większość koleżanek nie chciała robić sobie ze mnie wroga, nigdy bowiem nie było wiadomo, kiedy moje „znajomości” mogą się przydać. Od niektórych chłopców nawet dostawałam Walentynki…
I wiecie – to brzmi dzisiaj dla mnie trochę żałośnie, jak wielką radością była dla pucołowatej dziewuszki z piątej czy szóstej klasy ta jedna lub dwie karteczki, nabazgrane nieczytelnie, w których zamykało się hasło: „lubię cię”. Inne panienki dostawały po dziesięć, w porywach do dwudziestu karteczek, a ja kwiczałam ze szczęścia, gdy dostawałam jedną. Tylko dlatego, że byłam za gruba. Zdecydowanie jeszcze nie otyła, ale nadwagę już miałam.
Właśnie w piątej klasie ostatecznie również zniechęciłam się do ruchu jako takiego. Miałam wybitnie wredną i cholernie wysportowaną panią od wychowania fizycznego, która nie mogła znieść tego, że nie potrafię przeskoczyć przez skrzynię i kozła. Nie było ważne, że na rękach stałam najlepiej z klasy, że grałam świetnie w siatkówkę – liczył się kozioł i skrzynia. Pani mnie na każdej lekcji obrażała, wyzywała od tłuściochów, spaślaków, ale były to czasy, kiedy nauczyciel mógł sobie pozwolić na wszystko w stosunku do ucznia. Do dziś pamiętam, gdy podczas skoku przez kozła, nauczycielka chciała zmusić mnie, bym go wreszcie przeskoczyła, zamiast na nim usiąść, i pchnęła mnie z całej siły, aż poleciałam na twarz, rozbijając sobie nos i skręcając nadgarstek. Ze mnie śmiała się niemal cała klasa, a pani miała tylko rozmowę z moją mamą, wówczas wicedyrektorką szkoły. Wiecie, że tę sytuację do dziś wspominam ze łzami w oczach? Gdy moja uczennica w technikum (z niewielką nadwagą) usłyszała od nauczycielki zajęć sportowych słowa: „nie żryj tej bułki, bo ci się mózg otłuści”, poszłam z babą na otwartą wojnę, bo widziałam siebie sprzed lat to raz, a dwa, dla mnie uczeń to najwyższe dobro, taki sam człowiek jak ja, nikt nie ma prawa go obrażać.
Do końca podstawówki ćwiczyłam wprawdzie na wf – ie, ale okres miałam średnio dwa razy w miesiącu, poza tym sraczkę z siłą wodospadu przed każdą lekcją. W liceum, na sam widok nauczyciela wychowania fizycznego (były wojskowy, o wielgachnych wąsach, z wyglądu szalenie podobny do Józefa Piłsudskiego, skądinąd uroczy człowiek i świetny nauczyciel, ale nie chciałam tego sprawdzać), poszłam do ginekologa i załatwiłam sobie zwolnienie z wf – u na całe cztery lata szkoły średniej. Na studiach tak samo. Bałam się komentarzy, a przecież byłam coraz grubsza. Inna niż wszyscy.
Przez lata otyłości byłam właśnie inna dla szczupłego świata. Miałam oczywiście grono zaufanych znajomych, bardzo niewielkie, które akceptowało mnie bez żadnych podtekstów, ale lwia część społeczeństwa jasno dawała mi odczuć, jak bardzo się wyróżniam na niekorzyść. Gdy widziałam na ulicy osobę z nadwagą, porównywałam siebie do niej i zawsze w mojej głowie pojawiała się myśl: „wygląda lepiej niż ja, jestem do kitu, ale i tak nic z tym nie zrobię, bo już wiele razy próbowałam”. Jeśli ktoś z nadwagą był grubszy ode mnie, z jednej strony bardzo tej osobie współczułam (rozumiałam, co musi czuć), z drugiej pokornie godziłam się na to, że nie jestem sama na świecie, że są inni z otyłością i trudno, tak musi być.
Wkrótce minie 3 miesiące od mojej operacji, a moja inność jest dzisiaj … inna. Od 28 kwietnia schudłam 19 kilogramów, od początku mojej walki i pierwszej wizyty u Pana Doktora, 24. Wczoraj, po raz pierwszy od przeszło dwudziestu lat, zobaczyłam na wadze dwucyfrową liczbę i popłakałam się z radości, bo chyba tak do końca nie wierzyłam, że mi się uda.
Na czym zatem polega moja inna inność dzisiaj? Wiecie, po prostu wreszcie zrozumiałam, że jestem sobą, Ewą, szaloną, zwariowaną, mimo peselowego wieku prawie 45 lat, gotową na figle, która chudnie w swoim własnym tempie i – w pewnym sensie – na własnych zasadach.
Pierwsze dni po operacji trwała u mnie faza „ważę się codziennie”, co z perspektywy tych kilku miesięcy, okazało się być kosmiczną głupotą. Nagle bowiem okazało się, że pojawiła mi się miesiączka, która wściekle zatrzymała mi wodę (przez przeszło 11 lat nie pamiętałam właściwie, czym jest okres), pojawiły się nasilone zaparcia, wskutek których wyglądałam na początku, jakbym była w ciąży z trojaczkami, prawdopodobnie też w środku, w brzuchu, pooperacyjny Armageddon zrobił swoje i po prostu siedział we mnie obrzęk. Obsesyjnie wręcz bałam się jeść, porównywałam się z dwoma koleżankami, które miały operację tego samego dnia i – co ważne – nie była to wcale rywalizacja, lecz strach, co będzie, gdy one spadną z wagi więcej ode mnie. Pomijam fakt, że ja miałam gastric bypass a one sleeve, co samo z siebie mogło powodować inne tempo chudnięcia, ale takie naukowe podejście do tematu przekraczało moje możliwości. Tak naprawdę, w tym pierwszym miesiącu po zabiegu, złapałam psychicznego „fisia”, że nie wolno mi jeść więcej niż 3 – 4 łyżeczki, nie wolno mi przytyć, muszę lecieć z wagi równo z dziewczynami. Byłam wariacko szczęśliwa, że chudnę, a jednocześnie wariacko przerażona, żeby czegoś nie zepsuć.
Dzisiaj złapałam już dystans – odpuściłam codzienne stawanie na wagę, odpuściłam obserwację wagi innych (co nie zmienia faktu, iż z całego serca każdemu kibicuję), nauczyłam się (przynajmniej częściowo) słuchać mojego ciała i tego, co do mnie mówi. Przestałam wpadać w histerię, że ktoś ma o dwa kilo mniej niż ja, a przeszedł operację kilka dni później. Nie wariuję. Wczoraj nawet zjadłam na podwieczorek sernik z galaretką (byłam w gościach), ale potem chętnie, sama z siebie i bez przymusu, poszłam na basen i na długi spacer. I nie naplułam sobie w twarz, że jestem obleśnym żarłaczem. A dzisiaj już jem normalnie, według zaleceń.
Wiecie, zrozumiałam chyba – nareszcie! – jedną ważną rzecz. Jako Ewa muszę jeść to, co ja lubię (i oczywiście mogę), w takiej ilości, na jaką pozwala mój ewowy żołądek, pilnować mojego ewowego nawodnienia i cieszyć się ze spadającej, w ewowym tempie, wagi. Nie jestem Kasią, Basią ani Anitą, Maćkiem, Wojtkiem ani Bronkiem. Jestem inna niż wszyscy, chociaż tak samo otyła (i nie mam tu na myśli ilości kilogramów, ale problem sam w sobie) i muszę w tym chudnięciu pozostać sobą. Jeden będzie jadł jajka na miękko, inny fasolkę szparagową, a ja będę jeść pulpety w pomidorowym sosie, bo to ja. Za tydzień mogę wcinać biały ser z rzodkiewką, a ktoś akurat będzie miał fazę na rybę z grilla. I to jest nasza normalna inność.
To właśnie jest moje hasło z dzisiejszego dnia: „jestem sobą, nie kimś innym”. Jestem inna niż Wy wszyscy. Nie patrzcie na to, co jem, ile ważę i jak wyglądam, bo Wy jecie coś innego, ważycie inaczej i inaczej wyglądacie. Tak właśnie ma być. Możecie mi kibicować, tak jak ja Wam, ale nie bądźcie mną. Bo jestem inna. Inna niż Wy.