Pamiętnik

Jezioro z głupia frant. Z pamiętnika pacjenta bariatrycznego – cz.16 Ewa Frankiewicz


5 sierpnia 2025

JEZIORO Z GŁUPIA FRANT

            Dla kogoś, kto nie był nad jeziorem od dzieciństwa (a ma do niego zaledwie 43 km), jest to wyprawa godna niemal wspinaczki na Górę Kościuszki. Są ludzie, którzy jeżdżą nad jeziora w niemal każdy weekend, wcale nie mając tam żadnej działki, ani zaprzyjaźnionego ośrodka wczasowego, tylko tak po prostu, bo chcą, bo lubią moczyć w wodzie cztery litery.

            Od dzieciństwa byłam jak kaczka (nie mylić z kaczorem, to niepolityczne!) – uwielbiałam jeździć nad wszelką wodę, choćby była najwyżej wielkości kałuży. Do dzisiaj pamiętam, gdy jeździło się (słynnym Maluchem, zapchanym do granic możliwości) do babci do Łańcuta, na tygodniu zrywało się porzeczki, wiśnie, śliwki, malowało się płoty oraz klepało krowy i prosiaki po tyłkach, a w weekendy miały miejsce wyprawy nad staw mułożerców, czyli Zalew w Żołyni. Określenie „mułożerca” jest autorstwa mojego, nieżyjącego już, wujka i na stałe weszło do rodzinnego słownika. Wzięło się stąd, iż wspomniany wyżej zalew na dnie miał zasoby mułu, którymi można byłoby obdzielić całe ówczesne NRD. W pływaniu muł nie przeszkadzał, natomiast moja mamusia i ciocia miały niezły problem, gdy usiłowały później doprać własne córki z tej eleganckiej czerni. Trzymała się jak przymurowana. Wujek śmiał się z nas, że chyba objadamy się z kuzynką tym mułem i szybko przylgnęło do nas urocze przezwisko.

            W Lublinie jeździło się nad Zalew Zemborzycki, który już wtedy czysty specjalnie nie był, ale i tak zdecydowanie czyściejszy niż obecnie. Dzisiaj zmieniłabym mu nazwę na Zlew Zemborzycki. Nie wiem, jakim cudem żyją w nim jeszcze ryby (a żyją, bo jedną ostatnio upolował mój pies), ale na wszelki wypadek wolę chronić życie mojej rodziny. Chociaż mieszkamy w pobliżu, nie kąpiemy się w tej rozkosznie cuchnącej wodzie.

            Powiem Wam, że przez lata nie bywałam nad wodą. Trzy razy zrobiłam wyjątek dla Morza Bałtyckiego, nad którym – jak wszystkim wiadomo – tropikalnego klimatu próżno się spodziewać. Pierwszy wyjazd – do Władysławowa – okazał się całkowitą porażką, ponieważ deszcz przez cały tydzień lał tak, jakby uparł się nawodnić całe Wybrzeże na co najmniej dwa lata z kawałkiem. To oznaczało, że nie musiałam rozbierać się na plaży, właściwie nie musiałam wychodzić z pokoju pensjonatu, no, chyba że chciałam moczyć nogi w kałużach. To na wiele lat zniechęciło mnie do naszego polskiego morza. Kolejne wakacje spędzaliśmy zatem w Grecji i Bułgarii, tam plażowałam z przyjemnością, ponieważ nikogo nie obchodziło, jak wyglądam w kostiumie kąpielowym. Musiałam dopiero trafić na Polaka, żeby usłyszeć o sobie „co za potwór tam siedzi”, ale udawałam, że po polsku nie rozumiem. Na szczęście moje dzieci i mąż tego nie słyszeli, więc mogłam sobie pozwolić. W środku rozerwało mnie na pół, na zewnątrz leżałam spokojnie i udawałam przed światem, że wszystko jest w porządku.

            Problemem było to, iż w krajach śródziemnomorskich latem panują upały przekraczające 35 stopni w cieniu. Dla mnie była to masakra, nie dawałam rady chodzić, uparłam się wynająć samochód z klimatyzacją i dopiero tymże autem mogliśmy coś pozwiedzać. Co wyglądało zresztą mniej więcej tak, że mąż ganiał z dziećmi, a ja wlokłam się za nimi, ziejąc i sapiąc. To był koszmar, z dwojga złego już wolałam leżeć na plaży i obsmażać własny tłuszcz. Niezależnie od komentarzy rodaków.

            Kilka lat później dałam się namówić mężowi na wyjazd do Kołobrzegu. Jemu tęskniło się za Bałtykiem, mnie przyciągnęła historia. Trafiliśmy na fantastyczną pogodę i 22 stopnie temperatury wody, czyli nie było wyjścia – musiałam wleźć z dziećmi do morza. Wyglądało to tak, że na plaży siedziałam schowana za parawanem, w szczelnie zabudowanym kostiumie kąpielowym (koniecznie jednoczęściowym), idąc do wody owijałam się w pareo, w którym najpierw długo stałam, potem rzucałam je mężowi w ręce i czym prędzej chowałam się w wodzie. Nie było ważne, że nikt mnie tam nie znał – wstydziłam się siebie okrutnie.

            Kołobrzeg pokochałam miłością nadziemską, uwielbiam to miasto, mogę tam jeździć co roku, ale… Chodzenie zawsze było problemem, szybko się męczyłam, bolały mnie nogi, kręgosłup, nie nadążałam za swoją rodziną. Córka i mąż nie chodzą normalnie, oni gonią, jakby ich stado wściekłych odyńców ścigało. Syn jest wolniejszy, ogólnie chodzić nie lubi, ale perspektywą lodów lub gofra można było skłonić go do spaceru. Co się przy tym najęczał, to tylko my wiemy.

            Dzisiaj już zrozumiałam, że te lody i gofry to najgłupsza obietnica, jaką składaliśmy synowi jako rodzice. Pomijam fakt, iż sami też żarliśmy razem z nim, niemniej jednak żadne z nas nie pokazało młodemu, ile przyjemności jest z samego spacerowania. I właściwie nic dziwnego – mąż leciał jak zły, a ja ledwo lazłam. Jakim cudem to dziecko miałoby rozwinąć w sobie chęć do chodzenia?! Mógł brać przykład jedynie ze starszej siostry, ale tu akurat raczej działała przekora – skoro ona leci, to ja będę się wlókł. Dla zasady.

            Nie raz i nie dwa dzieci chciały pojechać ze mną nad jezioro. Co ciekawe, nigdy nie prosiły o to męża, ponieważ on nie umie pływać i zawsze mówi, że dla niego woda jest za rzadka. Zarówno córka, jak i syn doskonale wiedzieli o „umiejętnościach” pływackich tatusia, zatem próbowali ciągnąć nad wodę mnie. Wyobraźcie sobie, że NIGDY, ani razu z nimi nad jakiekolwiek jezioro nie pojechałam! Młoda ma 18 lat, młody 11. Przez cały ten czas nie byliśmy wspólnie nad żadną wodą, ot tak, na niedzielny wyskok. Dlaczego? Bo matka szukała wymówek, a tak naprawdę wstydziła się siebie.

            Prawdą jest, że nigdy nie byłam specjalnie wyrywna do spontanicznych wyjazdów. Lubię mieć wszystko zaplanowane, ułożone – gdzie zostawić samochód, gdzie plażować, gdzie zjeść, gdzie są toalety. Dzisiaj, gdy tak sobie o tym wszystkim myślę, głównym planem było „gdzie zjeść”, pod hasłem: „dzieci nie mogą być głodne”. A tak naprawdę chodziło o mnie, tylko wcześniej sobie tego nie uświadomiłam.

            Sami wiecie, jak paskudne jest tegoroczne lato. Ciepłych i słonecznych dni prawie nie ma, ciągle albo pochmurno i gorąco, albo zimno i leje deszcz. Basen pod domem – specjalnie zakupiony dla dzieciaków – został użyty ze dwa razy w te wakacje. No, może ze trzy. Kiedy zatem dzisiaj zobaczyłam za oknem słońce, a wychodząc z psem na pierwszy spacer poczułam gorąco, przyszło mi do głowy – ot tak, z głupia frant – żeby pojechać nad jakieś jezioro. Mąż od 6.00 w pracy, czyli nie będzie marudził na temat kosztów paliwa, a my pochlapiemy się w wodzie.

            Po raz pierwszy w życiu, na szybko, bez planu, zapakowałam do torby ręczniki i wodę do picia, miskę dla psa, koc pod pachę, na tyłek wciągnęłam dwuczęściowy kostium kąpielowy (fakt, więcej zakrywał niż pokazywał, ale miał dwie części), wywlokłam dzieci z łóżek, zjedliśmy śniadanie i pojechaliśmy nad Firlej. Nigdy wcześniej tam nie byłam, nie miałam pojęcia, gdzie można zostawić samochód, nie wiedziałam nic. I cieszyłam się jak głupia na ten wyjazd. Nawet trasy wcześniej nie sprawdziłam u wujka Google – totalny spontan.

            Dzieci były cokolwiek zaskoczone zachowaniem matki, jedynie pies był szczęśliwy z powodu podróży, gdy tylko zorientowała się, że nie jedziemy do weterynarza. Syn trochę burczał coś na temat niewchodzenia do wody, ale córka pokwikiwała z radości.

            Po niespełna godzinie byliśmy na miejscu. Rwałam nad wodę niemal biegiem, co ułatwiała mi psica. Labradory jak wiadomo kochają wodę. Znaleźliśmy kawałek piasku, nieco dalej od głównej plaży, żeby przypadkiem komuś nie przyszło do głowy wojować z nami o psa i nie czekając na nic pognaliśmy do jeziora. Nie zastanawiałam się nad swoim wyglądem, po prostu weszłam do wody i byłam szczęśliwa. Tak zwyczajnie, normalnie szczęśliwa. Wręcz jakby… wolna…? Miałam w nosie, czy ktoś będzie coś o mnie gadał, pokazywał na mnie palcem, bądź odwracał się ze wstrętem. Totalny luz. Chyba pierwszy raz od czasów dzieciństwa. I nawet nie miałam obaw, że chiński leżak się pode mną załamie. Też pierwszy raz w życiu.

            Kiedy już mieliśmy dosyć plażowania, zanieśliśmy rzeczy do auta i ruszyliśmy na poszukiwania restauracji. Bez spięć, bez stresu, znajdzie się, to fajnie, nie znajdzie się, to wstąpimy do sklepu. Oczywiście knajpa znalazła się błyskawicznie, nawet pies mógł z nami posiedzieć w ogródku i dostał miskę z wodą. Zjedliśmy po zapiekance (ja zjadłam 1/3, resztę dokończyła córka, która po pływaniu ma apetyt tyranozaura), napiliśmy się wody, przy okazji znaleźliśmy toaletę. Pełen chillout.

            Dopiero po powrocie do domu zrozumiałam, jak wiele radości i wewnętrznej mocy dało mi tych kilka godzin nad jeziorem. To było coś, czego się właściwie w swoim życiu nie spodziewałam. Rok temu nikt, włącznie ze mną samą, nie przypuszczałby nawet, że nie tylko dam się wyciągnąć nad jezioro, ale nawet sama zorganizuję taki wyjazd. To było przełamanie kolejnej bariery mojego otyłego życia.5 sierpnia 2025

JEZIORO Z GŁUPIA FRANT

            Dla kogoś, kto nie był nad jeziorem od dzieciństwa (a ma do niego zaledwie 43 km), jest to wyprawa godna niemal wspinaczki na Górę Kościuszki. Są ludzie, którzy jeżdżą nad jeziora w niemal każdy weekend, wcale nie mając tam żadnej działki, ani zaprzyjaźnionego ośrodka wczasowego, tylko tak po prostu, bo chcą, bo lubią moczyć w wodzie cztery litery.

            Od dzieciństwa byłam jak kaczka (nie mylić z kaczorem, to niepolityczne!) – uwielbiałam jeździć nad wszelką wodę, choćby była najwyżej wielkości kałuży. Do dzisiaj pamiętam, gdy jeździło się (słynnym Maluchem, zapchanym do granic możliwości) do babci do Łańcuta, na tygodniu zrywało się porzeczki, wiśnie, śliwki, malowało się płoty oraz klepało krowy i prosiaki po tyłkach, a w weekendy miały miejsce wyprawy nad staw mułożerców, czyli Zalew w Żołyni. Określenie „mułożerca” jest autorstwa mojego, nieżyjącego już, wujka i na stałe weszło do rodzinnego słownika. Wzięło się stąd, iż wspomniany wyżej zalew na dnie miał zasoby mułu, którymi można byłoby obdzielić całe ówczesne NRD. W pływaniu muł nie przeszkadzał, natomiast moja mamusia i ciocia miały niezły problem, gdy usiłowały później doprać własne córki z tej eleganckiej czerni. Trzymała się jak przymurowana. Wujek śmiał się z nas, że chyba objadamy się z kuzynką tym mułem i szybko przylgnęło do nas urocze przezwisko.

            W Lublinie jeździło się nad Zalew Zemborzycki, który już wtedy czysty specjalnie nie był, ale i tak zdecydowanie czyściejszy niż obecnie. Dzisiaj zmieniłabym mu nazwę na Zlew Zemborzycki. Nie wiem, jakim cudem żyją w nim jeszcze ryby (a żyją, bo jedną ostatnio upolował mój pies), ale na wszelki wypadek wolę chronić życie mojej rodziny. Chociaż mieszkamy w pobliżu, nie kąpiemy się w tej rozkosznie cuchnącej wodzie.

            Powiem Wam, że przez lata nie bywałam nad wodą. Trzy razy zrobiłam wyjątek dla Morza Bałtyckiego, nad którym – jak wszystkim wiadomo – tropikalnego klimatu próżno się spodziewać. Pierwszy wyjazd – do Władysławowa – okazał się całkowitą porażką, ponieważ deszcz przez cały tydzień lał tak, jakby uparł się nawodnić całe Wybrzeże na co najmniej dwa lata z kawałkiem. To oznaczało, że nie musiałam rozbierać się na plaży, właściwie nie musiałam wychodzić z pokoju pensjonatu, no, chyba że chciałam moczyć nogi w kałużach. To na wiele lat zniechęciło mnie do naszego polskiego morza. Kolejne wakacje spędzaliśmy zatem w Grecji i Bułgarii, tam plażowałam z przyjemnością, ponieważ nikogo nie obchodziło, jak wyglądam w kostiumie kąpielowym. Musiałam dopiero trafić na Polaka, żeby usłyszeć o sobie „co za potwór tam siedzi”, ale udawałam, że po polsku nie rozumiem. Na szczęście moje dzieci i mąż tego nie słyszeli, więc mogłam sobie pozwolić. W środku rozerwało mnie na pół, na zewnątrz leżałam spokojnie i udawałam przed światem, że wszystko jest w porządku.

            Problemem było to, iż w krajach śródziemnomorskich latem panują upały przekraczające 35 stopni w cieniu. Dla mnie była to masakra, nie dawałam rady chodzić, uparłam się wynająć samochód z klimatyzacją i dopiero tymże autem mogliśmy coś pozwiedzać. Co wyglądało zresztą mniej więcej tak, że mąż ganiał z dziećmi, a ja wlokłam się za nimi, ziejąc i sapiąc. To był koszmar, z dwojga złego już wolałam leżeć na plaży i obsmażać własny tłuszcz. Niezależnie od komentarzy rodaków.

            Kilka lat później dałam się namówić mężowi na wyjazd do Kołobrzegu. Jemu tęskniło się za Bałtykiem, mnie przyciągnęła historia. Trafiliśmy na fantastyczną pogodę i 22 stopnie temperatury wody, czyli nie było wyjścia – musiałam wleźć z dziećmi do morza. Wyglądało to tak, że na plaży siedziałam schowana za parawanem, w szczelnie zabudowanym kostiumie kąpielowym (koniecznie jednoczęściowym), idąc do wody owijałam się w pareo, w którym najpierw długo stałam, potem rzucałam je mężowi w ręce i czym prędzej chowałam się w wodzie. Nie było ważne, że nikt mnie tam nie znał – wstydziłam się siebie okrutnie.

            Kołobrzeg pokochałam miłością nadziemską, uwielbiam to miasto, mogę tam jeździć co roku, ale… Chodzenie zawsze było problemem, szybko się męczyłam, bolały mnie nogi, kręgosłup, nie nadążałam za swoją rodziną. Córka i mąż nie chodzą normalnie, oni gonią, jakby ich stado wściekłych odyńców ścigało. Syn jest wolniejszy, ogólnie chodzić nie lubi, ale perspektywą lodów lub gofra można było skłonić go do spaceru. Co się przy tym najęczał, to tylko my wiemy.

            Dzisiaj już zrozumiałam, że te lody i gofry to najgłupsza obietnica, jaką składaliśmy synowi jako rodzice. Pomijam fakt, iż sami też żarliśmy razem z nim, niemniej jednak żadne z nas nie pokazało młodemu, ile przyjemności jest z samego spacerowania. I właściwie nic dziwnego – mąż leciał jak zły, a ja ledwo lazłam. Jakim cudem to dziecko miałoby rozwinąć w sobie chęć do chodzenia?! Mógł brać przykład jedynie ze starszej siostry, ale tu akurat raczej działała przekora – skoro ona leci, to ja będę się wlókł. Dla zasady.

            Nie raz i nie dwa dzieci chciały pojechać ze mną nad jezioro. Co ciekawe, nigdy nie prosiły o to męża, ponieważ on nie umie pływać i zawsze mówi, że dla niego woda jest za rzadka. Zarówno córka, jak i syn doskonale wiedzieli o „umiejętnościach” pływackich tatusia, zatem próbowali ciągnąć nad wodę mnie. Wyobraźcie sobie, że NIGDY, ani razu z nimi nad jakiekolwiek jezioro nie pojechałam! Młoda ma 18 lat, młody 11. Przez cały ten czas nie byliśmy wspólnie nad żadną wodą, ot tak, na niedzielny wyskok. Dlaczego? Bo matka szukała wymówek, a tak naprawdę wstydziła się siebie.

            Prawdą jest, że nigdy nie byłam specjalnie wyrywna do spontanicznych wyjazdów. Lubię mieć wszystko zaplanowane, ułożone – gdzie zostawić samochód, gdzie plażować, gdzie zjeść, gdzie są toalety. Dzisiaj, gdy tak sobie o tym wszystkim myślę, głównym planem było „gdzie zjeść”, pod hasłem: „dzieci nie mogą być głodne”. A tak naprawdę chodziło o mnie, tylko wcześniej sobie tego nie uświadomiłam.

            Sami wiecie, jak paskudne jest tegoroczne lato. Ciepłych i słonecznych dni prawie nie ma, ciągle albo pochmurno i gorąco, albo zimno i leje deszcz. Basen pod domem – specjalnie zakupiony dla dzieciaków – został użyty ze dwa razy w te wakacje. No, może ze trzy. Kiedy zatem dzisiaj zobaczyłam za oknem słońce, a wychodząc z psem na pierwszy spacer poczułam gorąco, przyszło mi do głowy – ot tak, z głupia frant – żeby pojechać nad jakieś jezioro. Mąż od 6.00 w pracy, czyli nie będzie marudził na temat kosztów paliwa, a my pochlapiemy się w wodzie.

            Po raz pierwszy w życiu, na szybko, bez planu, zapakowałam do torby ręczniki i wodę do picia, miskę dla psa, koc pod pachę, na tyłek wciągnęłam dwuczęściowy kostium kąpielowy (fakt, więcej zakrywał niż pokazywał, ale miał dwie części), wywlokłam dzieci z łóżek, zjedliśmy śniadanie i pojechaliśmy nad Firlej. Nigdy wcześniej tam nie byłam, nie miałam pojęcia, gdzie można zostawić samochód, nie wiedziałam nic. I cieszyłam się jak głupia na ten wyjazd. Nawet trasy wcześniej nie sprawdziłam u wujka Google – totalny spontan.

            Dzieci były cokolwiek zaskoczone zachowaniem matki, jedynie pies był szczęśliwy z powodu podróży, gdy tylko zorientowała się, że nie jedziemy do weterynarza. Syn trochę burczał coś na temat niewchodzenia do wody, ale córka pokwikiwała z radości.

            Po niespełna godzinie byliśmy na miejscu. Rwałam nad wodę niemal biegiem, co ułatwiała mi psica. Labradory jak wiadomo kochają wodę. Znaleźliśmy kawałek piasku, nieco dalej od głównej plaży, żeby przypadkiem komuś nie przyszło do głowy wojować z nami o psa i nie czekając na nic pognaliśmy do jeziora. Nie zastanawiałam się nad swoim wyglądem, po prostu weszłam do wody i byłam szczęśliwa. Tak zwyczajnie, normalnie szczęśliwa. Wręcz jakby… wolna…? Miałam w nosie, czy ktoś będzie coś o mnie gadał, pokazywał na mnie palcem, bądź odwracał się ze wstrętem. Totalny luz. Chyba pierwszy raz od czasów dzieciństwa. I nawet nie miałam obaw, że chiński leżak się pode mną załamie. Też pierwszy raz w życiu.

            Kiedy już mieliśmy dosyć plażowania, zanieśliśmy rzeczy do auta i ruszyliśmy na poszukiwania restauracji. Bez spięć, bez stresu, znajdzie się, to fajnie, nie znajdzie się, to wstąpimy do sklepu. Oczywiście knajpa znalazła się błyskawicznie, nawet pies mógł z nami posiedzieć w ogródku i dostał miskę z wodą. Zjedliśmy po zapiekance (ja zjadłam 1/3, resztę dokończyła córka, która po pływaniu ma apetyt tyranozaura), napiliśmy się wody, przy okazji znaleźliśmy toaletę. Pełen chillout.

            Dopiero po powrocie do domu zrozumiałam, jak wiele radości i wewnętrznej mocy dało mi tych kilka godzin nad jeziorem. To było coś, czego się właściwie w swoim życiu nie spodziewałam. Rok temu nikt, włącznie ze mną samą, nie przypuszczałby nawet, że nie tylko dam się wyciągnąć nad jezioro, ale nawet sama zorganizuję taki wyjazd. To było przełamanie kolejnej bariery mojego otyłego życia.

leczotylosc.pl