Kobieta XL – Pamiętnik pacjenta bariatrycznego cz.30. Ewa Frankiewicz
11 września 2025
KOBIETA XL
No dobra. Trochę mi głupio, ale skoro już tak osobiście dzielę się z Wami moimi
refleksjami po bariatrii, podzielę się także i tą dzisiejszą. Dlaczego? Bo nagle z szarej, tłustej,
polnej myszy z podkulonym ogonem, zostałam królową balu. Literackiego.
Od dzieciństwa miałam jakieś skromne zdolności do języka polskiego. To był chyba
jedyny przedmiot w szkole, którego nigdy nie musiałam się uczyć. Ani ortografii, ani
gramatyki – wszystko wchodziło we mnie jak w masło. Lektury czytałam na długo przed tym,
zanim nauczyciel poinformował, iż będziemy je przerabiać w klasie. Niektóre – jak moje
ukochane „W pustyni i w puszczy” – czytałam kilka lat wcześniej niż trzeba (Sienkiewicz
akurat wszedł mi w ręce w drugiej klasie podstawówki). W klasie piątej pochłonęłam niemal
równocześnie „Krzyżaków” i całą Trylogię. Bajki dziecięce znałam na pamięć, nie musiałam
ich czytać, wolałam poważniejsze treści. Jak większość dziewczynek, uwielbiałam „Anię z
Zielonego Wzgórza”, „Tajemniczy ogród” i Jeżycjadę. Na czternaste urodziny dostałam moją
pierwszą książkę Joanny Chmielewskiej pod tytułem „Wszystko czerwone”, którą dzisiaj
mogę cytować całymi stronami. Krótko mówiąc – czytałam wściekle, z pasją, na dodatek w
szalonym tempie – książki kończyły się za szybko.
One były też moją ucieczką od sytuacji związanych z nadwagą, gdy czułam się inna
(w domyśle: gorsza) od moich koleżanek. One kwiczały ze szczęścia na widok wszystkich
chłopców bez wyjątku, ja szukałam idealnego uczucia, takiego jak w książkach. W mojej
głowie tlił się wzór Gilberta Blythe`a, Zbyszka z Bogdańca i Konrada Wallenroda (Kordian
był i pozostał dla mnie oszołomem).
Prawdopodobnie dzięki oczytaniu, nie miałam również większych trudności z
pisaniem. Opowiadania, rozprawki, opisy krajobrazu i postaci – minuta pięć i gotowe. W
liceum (profil oczywiście humanistyczny, polski, historia, angielski rozszerzony) mój
ulubiony Profesor od języka polskiego, Pan Paweł (RODO obowiązuje) zachęcał nas do
tworzenia własnych treści, dając nam bardzo ciekawe tematy wypracowań, jak na przykład „7
października 1996 z perspektywy nogi stołowej” albo „Pamiętnik wariata czyli moje
wspomnienia z…”. Poza tym prowadził lekcje we wspaniały sposób, miał fantastyczny
kontakt z młodzieżą i do dzisiaj jest dla mnie wzorem nauczyciela (choć czasy szalenie się
zmieniły).
Zaczęłam pisać własne wiersze, pamiętnik, opowiadania – wszystko do szuflady.
Wstydziłam się ich. Nie z powodów językowo – gramatyczno – ortograficznych. Po prostu
uważałam, że ktoś taki jak ja nie powinien się ujawniać, uzewnętrzniać uczuć, ponieważ
jestem wybrakowanym modelem – jestem za gruba, nikt nie będzie się mną interesował. Jak
widzicie, już w szesnastym roku życia ostro krytykowałam siebie.
Stopniowo pisanie stało się odskocznią od codzienności. Bywało, że opisywałam
minione dni, niekiedy marzenia, podróże – wszystko, każdy temat był dobry. Przez lata
nagromadziłam mnóstwo zeszytów z zapiskami.
Gdy w 2015 roku adoptowałam drugiego labradora do towarzystwa dla naszej
czekolady, fundacja prosiła, by utrzymywać z nimi kontakt, pisać jak się psisko
zaaklimatyzował w domu i tak ogólnie, co u nas. Już pierwsze dwa teksty wzbudziły szał
zainteresowania, napisałam je właściwie „na kolanie”, w dziesięć minut każdy, po czym na
fundacyjnym forum rozszalał się armageddon. Wszyscy labomaniacy domagali się ode mnie
kolejnych psich przygód Madery i Czedara. Byłam zapraszana do wielu grup, w których
publikowałam opisy labich szaleństw. Z czasem uruchomiłam swoją psią stronę i tam moje
psiaki pisują pamiętniki. Dzisiaj – coraz rzadziej – obydwa zwolniły tempo wariacji, bo są
mocno starsze. Raz na jakiś czas też coś mi się zrymowało i napisałam psi wierszyk. Potem
kilka pożegnań dla bliskich mi psiaków.
Chociaż pisanie przychodzi mi łatwo, to wolę dzielić się refleksjami o zwierzętach, nie
o sobie. Pamiętnik bariatrycznego pacjenta powstał w momencie, gdy z jednej strony
odkryłam świat na nowo, z drugiej – potrzebowałam psychicznego wsparcia, wygadania się.
Nawet nie sądziłam, że kiedykolwiek odważę się na coś takiego, na do tego stopnia osobiste
wyznania. Zawsze schowana w kącie, nagle wyszłam na środek.
Te bariatryczne refleksje są też moją terapią. Wielokrotnie dawaliście mi sygnały,
dające motywacyjnego kopa do dalszego pisania. Docenialiście dzielenie się swoimi
przeżyciami. Zauważaliście pewne podobieństwa do samych siebie. Chwaliliście moje teksty.
Gdy nagle pan Doktor zaproponował mi cykliczne wpisy na stronie Stowarzyszenia SLO,
uwierzyłam w to, że dam radę. Ale nie wiedziałam, jak wiele tych wpisów powstanie.
Kilka dni temu pan Doktor napisał do mnie z prośbą o numer telefonu, przyznał się, iż
wylicytował na psim bazarku napisanie artykułu na temat SLO i pani, która ów artykuł ma
napisać, chciałaby ze mną porozmawiać. Byłam przekonana, że będzie chciała wykorzystać
fragmenty tego mojego pamiętnika dla celów dziennikarskich i potrzebuje mojej zgody.
Pomyślałam sobie, no dobra, niech to pójdzie w świat, może ktoś jeszcze na to trafi, komuś to
pomoże.
Dzisiaj pani Magda zadzwoniła do mnie i okazało się, iż na kanwie mojego
pamiętnika chce oprzeć artykuł, ponieważ fajnie jej się czytało te moje teksty i to będzie się
dobrze komponować z tym co najważniejsze – Stowarzyszeniem Lecz Otyłość.
Porozmawiałyśmy dość długo i poprosiła mnie, abym jej przesłała kilka zdjęć – mnie sprzed
roku i dzisiaj. Zgodziłam się, z pełnym przekonaniem, że o mnie będzie tam tylko „na
marginesie”, tak naprawdę spodziewałam się wielkiego zdjęcia Doktora i Pani Agnieszki.
Zresztą sądziłam, że ten tekst ukaże się dopiero za jakiś czas.
I chcę Wam powiedzieć, że teraz czuję się potwornie głupio. Bo tekst powstał już
dzisiaj, ukazał się na stronie www.kobietaxl.pl, a na samym początku są dwa moje zdjęcia –
przed operacją i po niej. Ja dopiero na tych położonych obok siebie zdjęciach w pełni
zrozumiałam swoją przemianę fizyczną (psychicznej wciąż się uczę). Ten spadek 27
kilogramów daje się wyraźnie zauważyć. Ale mam poczucie, że to nie ja powinnam tam być.
Przecież ja jestem dopiero w połowie drogi, są osoby, które osiągnęły znacznie więcej ode
mnie w tej kwestii, to o nich powinien być ten tekst!!!
Żeby było jasne – ja nie mam żalu do nikogo, cieszę się, że ten tekst się ukazał, że ja
też w nim jestem, bo mogę się podzielić tym, przez co sama przeszłam. Niemniej stanęłam
nagle na świeczniku, stałam się nieoczekiwanie królową tego literackiego balu, całkowicie
niespodziewanie. I boję się, że to jest „za odważne” jak na mnie…
Nie pchałam się na afisz, nie mam parcia na szkło, raczej chowam się za innymi. A tu,
nagle, wyszłam przed szereg. Wydaje mi się, iż całkowicie niezasłużenie. Są też inni,
tworzymy pewną społeczność, całość, ja w tym nie jestem sama. Gdyby nie inni, mnie by tu
w ogóle nie było!
Przyznaję szczerze – nie czuję się dobrze w roli królowej. Korona mnie uwiera w
uszy, bo jest za mała o dwa numery. Wszyscy mi mówią, jaka jestem odważna, a ja mam
ochotę zaszyć się w mysiej dziurze. Wcale nie jestem odważna, jestem dzikusem, który
zaczyna rozmawiać ze światem, przede mną jeszcze daleka droga. Jeszcze nie mam prawa
być z siebie dumna, nie wiem, czy kiedykolwiek to prawo uzyskam.
Dlatego chcę Wam wszystkim powiedzieć oficjalnie – „ja tu tylko sprzątam”.
Sprzątam swoje życie, piszę o tym pamiętnik, ale ten artykuł nie jest o mnie. Jest o nas
wszystkich. Kobietach i mężczyznach XL. Wszystkich tych, którzy mieli zaszczyt nie tylko
poznać Stowarzyszenie Lecz Otyłość, ale wraz z nim zawalczyć o siebie. Dziękuję za to, że ja
także mogłam to zrobić.