Kupiłam sobie… Pamiętnik pacjenta bariatrycznego – cz.24. Ewa Frankiewicz
19 sierpnia 2025
KUPIŁAM SOBIE…
No właśnie. Kupiłam sobie. Nie żarcie, nie słodycze, nie samochód i nie rasowego psa. Zagranicznej wycieczki również nie. Kupiłam sobie trzy pary spodni i dwa biustonosze.
Zapytacie na pewno, po kiego grzyba Was o tym informuję? Może obawiacie się kolejnych intymnych szczegółów z mojego życia osobistego? Poniekąd macie trochę racji, ale obiecuję, iż publicznie rozbierać się nie będę, pozostanę ekshibicjonistką w sensie mentalnym.
Dla osoby z otyłością słowa „kupiłam sobie” brzmią jak kiepskie hasło gazetowego szmatławca, w którym opisuje się niuanse z życia celebrytów, znanych jedynie z tego, iż są znani. Nosząc na sobie kilkadziesiąt kilogramów za dużo, nie ma się co oszukiwać, kupić to ja sobie mogę chleb, masło i mleko w sklepie spożywczym, ewentualnie proszek do prania i płyn do mycia garów. Nawet kapcie na opuchnięte nogi rzadko mogłam sobie kupić, ponieważ nie było mojego rozmiaru (jeśli był, kapcie i tak były zbyt wąskie).
Ostatni raz, kiedy zdołałam sobie kupić spodnie w normalnym sklepie, miał miejsce przeszło 20 lat temu. Do dzisiaj pamiętam, jak facet w małym sklepiku małego miasteczka przeszukiwał na zapleczu wszystkie pudła, tak bowiem bardzo chciał znaleźć sztruksy w kolorze butelkowej zieleni, które miałyby szansę zmieścić się na moim tłustym tyłku. Gwoli ścisłości, znalazł. Po trzech miesiącach przetarły mi się na udach, nie muszę mówić dlaczego.
Kiedy szłam do pracy w szkole, wybrałam się do małego lubelskiego sklepiku o wdzięcznej nazwie „Pani XXL”, czy coś podobnego, już nawet nie pamiętam, ale znajdował się w centrum miasta, na ulicy Jasnej. Znalazłam go przypadkiem, załatwiając sprawę u notariusza i wstąpiłam, nie mając specjalnie nadziei, że kupię tam coś w rozmiarze 4 XL. Tymczasem przesympatyczna pani właścicielka (dodajmy, nie mająca nic wspólnego z nadwagą), w nieco bardziej zaawansowanym kwiecie wieku 60+, okazała się tak życzliwa i pomocna, iż zdołałam tam kupić całkiem elegancki zasób bluzek i spódnic wielkości średniego namiotu. Okazało się, że kobiet mających problemy ze znalezieniem na siebie rozmiaru „in plus” jest w mieście bardzo dużo, a jej bardzo na tym zależy, by każda z nich miała się w co ubrać, bo rozumie, z jakim problemem się borykamy. I z jaką niechęcią sprzedawczyń w „normalnych” butikach mamy na co dzień do czynienia. Pani mi powiedziała, że straciła siostrę w wyniku otyłości, gdy ta miała zaledwie 27 lat.
Dzisiaj niezmiernie żałuję, iż nie rozwinęłam tego tematu, ale byłam wtedy jeszcze smarkulą, świeżakiem po studiach, który miał w nosie swoją otyłość (przynajmniej w teorii). Ucieszyłam się tylko z nabycia kilku szmat. Jasne, współczułam ogromnie tej kobiecie, ale teraz dopiero doceniam, jak ważne było to, co ona robiła dla wszystkich otyłych kobiet. Z jakim szacunkiem i ciepłem nas traktowała. Jak mało kto. Dla niej każda klientka była ważna, nawet ta, co nosiła rozmiar 54+. Być może sklep istnieje nadal, ale wątpię, czy prowadzi go ta sama osoba, miałaby chyba dzisiaj blisko 90 lat…
Nie jeden raz i nie dwa, w latach wczesnej młodości, czyli tak zwanych „-nastu” lat zdarzało mi się chodzić po mieście z koleżankami. Chodziłyśmy do kina, na piwo i hot – dogi, które akurat wtedy pojawiły się w Lublinie, ale największą frajdą było włóczenie się po sklepach z damską odzieżą i akcesoriami typu buty, torebki, biżuteria. Nie w celu kupowania, na to nas nie było stać, zresztą żaden z naszych rodziców jeszcze wówczas na głowę nie upadł, by pozwolić ukochanej córeczce na zakup torebki za 800 złotych. Największą przyjemnością było mierzenie tych mini spódniczek, rajstop kabaretek, cekinowych kamizelek i kiecek ze złotej lamy, koniecznie z frędzlami prosto z Ameryki. To nie były czasy Facebooka, Instagrama i portali społecznościowych – naszą formą dzielenia się z innymi własnym wizerunkiem było to, na oczach ilu koleżanek przymierzymy dany ciuch. A także, ile z nich powie „łał, zarąbiście w tym wyglądasz!”.
Byłam na takie „ciuchrajdy” zapraszana wielokrotnie. Początkowo nawet chętnie na nie chodziłam, ale szybko zorientowałam się, iż niewiele rzeczy na mnie pasuje. Kiedy moje kumpele wędrowały do przymierzalni z naręczem szmat, ja mogłam albo przymierzać buty, albo torebki lub kolczyki. Kiedy dziewczyny namawiały mnie na przymierzanie, wykręcałam się hasłem: „nie podoba mi się”. Wstydziłam się pójść do przymierzalni i powiedzieć: „ja się w to nie zmieszczę”. Bałam się śmiechu, kpin, złośliwości i obgadywania za plecami.
Nie minęło wiele czasu, wyszłam z murów licealnych, a w okresie studiów chodziło się raczej z koleżankami na piwo, nie na ciuchy. Nie brałam jednak nigdy udziału w wymianie kiecek, jaką co jakiś czas urządzały moje koleżanki – w workach na kartofle raczej nie gustowały.
W ten właśnie sposób stopniowo zrezygnowałam z prób kupowania odzieży w normalnych sklepach. Triumfowały u nas wówczas katalogi z wysyłkową sprzedażą, typu Quelle, Neckermann, rodził się Bonprix – okazało się, iż bez problemu mogę wybrać ubranie z katalogu, zamówić właściwy rozmiar i nikt mi nie powie, że nie ma mojego numeru. Ponadto wiele ciuchów uszyła mi ciocia – z zawodu nauczycielka, z pasji krawcowa, malarka i hafciarka. Jechałam do Łańcuta na dwa tygodnie – nazywało się to wakacjami u babci – z materiałem lub kilkoma, a ciocia wyczarowywała mi różnorodne sukienki, spódnice i kamizelki. Nie brakowało mi ubrań. Ja ich tylko nie mogłam normalnie kupić. Pamiętam kpiące spojrzenia eleganckich panienek z butików, które wyraźnie dawały mi do zrozumienia, że jestem kimś gorszego sortu, grubym, który nie ma szans kupić czegokolwiek w ich sklepie. Przestałam nawet tam wchodzić.
Nadal mam wątpliwości czy się w coś zmieszczę, wciąż unikam sklepów z tekstyliami. Przyszedł jednak taki moment, że musiałam kupić sobie szorty. Moje ukochane krótkie dżinsy spadały mi z tyłka potężnie, a włożenie do kieszeni telefonu skutkowało krokiem w kolanach lub w kostkach. Nawet facet na stacji benzynowej, gdy zauważył podciąganie przeze mnie spodni, rzucił ze śmiechem, że chyba lepiej byłoby je zdjąć, bo zaraz same spadną. Po raz pierwszy od lat szczerze się roześmiałam i postanowiłam mężnie: „kupię nowe portki”.
Powiedzieć łatwo, trudniej zrobić. Spieszyło mi się, wyjeżdżałam z dziećmi do Wrocławia, przewidywano upał, chciałam jak zawsze zamówić spodnie w Bonprixie, ale najpierw ogłuszyła mnie cena, a potem czas dostawy – 3 tygodnie. Ja miałam wyjazd za trzy dni!!!
Z mętlikiem w głowie i ogromnymi wątpliwościami w duszy pojechałam do Leclerca. Miałam nadzieję, że znajdę w koszach na hali sprzedażowej jakieś wielkie gacie nie z tej ziemi, może nawet będzie jakaś promocja. Spodni okazało się być mnóstwo, muślinowe, bawełniane, kolorowe, w kwiatki, ciapki, łatki, paski i jednolite, szał ciał i uprzęży. Na chybił trafił wybrałam największe, rozmiar 50 (wcześniej miałam 52/54), nie łudząc się, że wepchnę zadek w 48. Spodnie okazały się za duże. Nie wisiały, ale pół kilo pomidorów miałam przy tyłku. Moja córka stwierdziła, że jej wstyd przynoszę i wręcz kazała mi przymierzyć rozmiar 46. Pukałam się w głowę, warczałam, plułam jadem i trochę na złość wzięłam rozmiar 48, uznałam go jednak za najlepszy. Weszłam w niego bez problemu, nawet było mi dość luźno. Moje dziecko burczało coś na temat matki – kretynki, upartej oślicy i muła z przeceny, wepchnęło się za mną do przymierzalni i mordując mnie wzrokiem zmusiło do przymierzenia rozmiaru 46. Ten okazał się idealny… Daruję sobie opisywanie miny mojej córki i jej satysfakcji, ja podobno wyglądałam niesłychanie głupio z totalnym zaskoczeniem na twarzy.
Kupiłam ostatecznie trzy pary portek, zapłaciłam za nie niespełna 70 złotych i z tej radości nawet kupiłam mężowi pięć par majtek. Rozmiar M – ma to znaczenie dla dalszych przemyśleń.
Wróciłam do domu, pokazałam spodnie ślubnemu, doczekałam się nawet skąpej pochwały na temat „niezłej dupy” (przepraszam za ordynarne słownictwo, to był cytat), co w ustach mojego małżonka oznacza komplement najwyższej miary i wręczyłam mu nowe majtki. Łaskawie podziękował, mruknął, że chyba będą za duże, a w ogóle to na pewno wydałam za dużo pieniędzy. Po czym poszedł do garażu, tonąć w swoich ukochanych smarach i olejach. Zostałam sama i nagle dotarło do mnie, co się właśnie stało. Kupiłam sobie ubranie w NORMALNYM sklepie, takim dla wszystkich, dla ludzi!!! Nie dla otyłych potworów!!! Wiecie, że się popłakałam? Normalnie łzy leciały mi strumieniem, a w sercu rosło coś, czego wciąż nie potrafię nazwać. To była nie tylko radość, ale chyba przede wszystkim ogromne wzruszenie, taki psychiczny dzwon zwycięstwa. Pierwszego kroku do zwycięstwa…
Najśmieszniejsze było wieczorem – mój mąż, kładąc się wieczorem do łóżka, usiłował ubrać nowe gacie (które miały być za duże) i z pewnym zdziwieniem skonstatował, iż z jajek robią mu się wydmuszki a ptaszek prawie wyfrunął z gniazdka. Z oburzeniem burknął, że w rozmiarach małe chińskie rączki kantują coraz bardziej i zakończył temat, wkładając stare, wysłużone slipki (również rozmiar M, ale kupione przed pięcioma laty).
Kilka dni później pojechałam do Łańcuta. Wybrałam się z córką do sklepu z bielizną, ponieważ poszukiwałyśmy dla niej kostiumu kąpielowego. Nie jest to prosty zakup, dziecię mam wysokie i chude, z bardzo niewielkim biustem i wymaganiami dotyczącymi własnego wyglądu na poziomie najwyższych partii Alp. Kostiumy dziecięce odpadały z powodu różowej kolorystyki i braku miejsca na biust, kostiumy damskie były dla młodej niczym czapki – uszatki. Przeczołgałyśmy się przez pół miasta, wszędzie trafiając na problem rozmiarowy, aż w końcu, w poczuciu totalnej beznadziei, weszłyśmy do ostatniego sklepu. Pani ekspedientka, bardzo młoda i bardzo życzliwa, dopomogła mojej córce znaleźć właściwy strój, a nawet dwa, mądrze poradziła, podpowiedziała i nie traktowała jej niczym niedorozwiniętej gówniary o bardzo małym rozumku. Młoda była uszczęśliwiona i z tej radości zwróciła uwagę na biustonosze. Myślałam, że szuka dla siebie, ale okazało się, iż szukała dla mnie. Wie o mojej sympatii dla białej i czarnej bielizny, zna mój cyckowy gust doskonale. Ja oczywiście mruknęłam półgębkiem, żeby dała sobie spokój, to nie jest sklep dla mnie, dla grubych tu nie ma rozmiaru. Na co córka popatrzyła na mnie z politowaniem, popukała się w głowę i tylko burknęła: „przypomnieć ci mamo, co było ze spodniami?”. Zamknęłam dziób, ale nadal nie wierzyłam w sukces. Pani się zainteresowała, błyskawicznie wybrała rozmiar i niemal siłą obie wepchnęły mnie do przymierzalni. Znowu warczałam i syczałam niczym żmija ze złomowiska, ale dziewczyny nic sobie ze mnie nie robiły, córka wręcz kazała mi przestać kłapać paszczą i mierzyć staniki, bo szkoda czasu na moje wygłupy.
Biustonosze okazały się rewelacyjne – nic mnie nie gryzło pod biustem, wałków tłuszczu nie było widać, a same piersi wyglądały… no cóż… całkiem do rzeczy. Mój mąż później orzekł, że ręce się same do nich wyciągały. Nagle okazało się, że zamiast cycków typu: „jeśli stanę na rękach, będę miała klapki na oczach”, mam po prostu duży biust, który może się podobać i całkiem ładnie wygląda.
Wiecie, ja wciąż jestem zaskoczona, że w normalnym sklepie nie tylko kupiłam sobie niesamowicie ważny dla kobiet element garderoby, ale przede wszystkim, że nikt nie patrzył na mnie kosym okiem, nie krzywił się na mój widok, byłam dla kogoś ważną klientką, dla której warto się starać. Szczerze się przyznam, gdyby nie córka, nawet nie spojrzałabym w kierunku tych staników, będąc całkowicie przekonana o beznadziejności swojego położenia.
Dzisiaj mam na minusie 27 kilogramów, za 8 dni minie cztery miesiące od chwili, gdy zaczęłam żyć na nowo. Kupuję – na razie mało odważnie, ale kupuję – rzeczy w normalnych sklepach, wciąż w dużym rozmiarze, ale nie jest to jednak 54. Spodnie 46 były szokiem, stanik 90 C również (wcześniej 110 D). Mam – wciąż nieśmiałą, ale mam – nadzieję, iż niedługo będę mogła wejść do każdego sklepu i znajdę w nim coś dla siebie. Choćby miała to być jedynie byle jaka kiecka do chodzenia po ogródku.