Mam chrapkę! Pamiętnik pacjenta bariatrycznego – cz. 18. Ewa Frankiewicz
8 sierpnia 2025
MAM CHRAPKĘ
Mam chrapkę na babkę, to mógłby napisać najwyżej stary piernik. Nie powiem, na babkę drożdżową lub cytrynową chrapkę bym miała, ale unikam takich rozkoszy podniebienia, żeby mi znowu w tyłek nie poszło. Po owym apetycznym wstępie chcę jednak powiedzieć, że ja mam dzisiaj chrapkę na… wszystko. Optymistycznie chyba mogłabym to nazwać chrapką na życie, po prostu.
Jeśli Wam teraz powiem, że mi się chce, to zaraz co poniektórym przyjdą do głowy kosmate myśli, zaczniecie mnie podejrzewać o jakieś świństwa, niewskazane dla dzieci. Tymczasem mnie się po prostu chce żyć. Po raz pierwszy od przeszło pięciu lat, kiedy zdiagnozowano u mnie depresję.
Co to znaczy, że chce mi się żyć? Przede wszystkim jest to chęć wychodzenia z domu. Nie ma znaczenia, czy jadę po zakupy do supermarketu, czy wyleguję się na leżaku pod domem, czy może grabię liście w ogródku. Po prostu wychodzę z domu. Po raz pierwszy od wielu lat mam w nosie nieprzychylne komentarze (aczkolwiek sprawiedliwie przyznaję, że moi sąsiedzi są spoko ludźmi i w nosie mają mój wygląd, interesuje ich to, jakim jestem człowiekiem), działam i robię swoje. Dzisiaj na przykład najpierw wyrywałam liście buraczane, na botwinkę, którą uwielbiam (w tym roku mamy klęskę urodzaju w burakach), potem kroiłam to wszystko przez dwie godziny w drobną kostkę, żeby wreszcie zamrozić sobie w woreczkach, na przyszłe zupy. W ubiegłym roku nasz ogródek warzywny – miłość mojego ślubnego – traktowałam niczym wrzód na tyłku, jedną stopą nie przekroczyłam jego progu (pomijam fakt, iż nie mieściłam się w furtce) i wolałam kupić w sklepie 2 marchewki, niż grzebać w ziemi w poszukiwaniu tych wypielęgnowanych przez męża. Przyniósł – fajnie. Nie przyniósł – mam to gdzieś. Zwłaszcza, że w ogródku mogły rosnąć pokrzywy, które są moim wrogiem śmiertelnym. Dzisiaj grzebałam w tych buraczanych liściach, wprawdzie w podwójnych rękawiczkach, na wszelki wypadek, gdyby się jakaś pokrzywa trafiła, ale bez wstrętu i bez bólu kolan. Potem wypaprałam pół kuchni buraczkami, koperkiem i szczypiorkiem, ale później posprzątałam to wszystko. Nie powiem, że porządki robiłam z przyjemnością, ale pewną satysfakcję miałam. I jeszcze ugotowałam zupę, co w ogóle niegdyś w grę nie wchodziło, ponieważ po najdrobniejszym wysiłku fizycznym byłam totalnie zdechła.
Po raz pierwszy od wielu lat chlapałam się z dziećmi w przydomowym basenie, nie oglądając się trwożnie na sąsiadów, byle mnie przypadkiem w bikini nie zobaczyli. Mało tego, w tymże bikini, grabiłam trawę, leżałam na leżaku i wieszałam stertę prania. I guzik mnie interesowało, czy ktokolwiek się na mnie gapi. Jeśli się nie gapi, chwała mu za to, a jeśli patrzy ze wstrętem, niechże się odwróci i nie zawraca głowy. Po prostu przestałam się przejmować tym, co powiedzą ludzie.
Inny przykład – sklep. Zwykła, wsiowa Stokrotka. Stoję w kolejce, pełen koszyk zakupów. Jedna kasa otwarta, plus samoobsługowe, ale tych nie lubię. Za mną do kasy dobija facet, który ma dwie rzeczy (co ważne, nie jest to pół litra i piwo), dosłownie. Kiedyś musiałby poprosić mnie, czy może podejść przede mną, bo mu się spieszy. Teraz – ja, z uśmiechem, zapraszam go, żeby skorzystał wcześniej, bo mam dużo zakupów i szkoda jego czasu. Jakby nie ja. Nabrałam odwagi i odzywam się do ludzi.
Pojechałam z psicą do weterynarza. Znam tam wszystkich doskonale od wielu lat, lekarze wiedzą, że moja sunia to wariat z przytupem, który od razu na wejściu ryczy z radości. Z niektórymi z naszych weterynarzy jestem po imieniu. Ale wcześniej, bywając (bardzo często!) na wizytach, byłam raczej wycofana, odzywałam się na zasadzie odpowiadania na pytania, ewentualnie, by wyjaśnić wątpliwości. Dzisiaj pogadam z każdym, pożartuję, pośmieję się z mojej labiej wariatki, pozagaduję do innych zwierzaków czekających w kolejce, jak również do ich właścicieli. Nawet w obcych językach, jeżeli trzeba.
Któregoś dnia zadzwoniła do mnie mama. Chciała, żebym pojechała z nią do OBI, już nawet nie pamiętam po co, ale potrzebowała pomocy w wyborze. Jeszcze pół roku temu wymigałabym się od jechania gdziekolwiek, a już do marketu budowlanego, w którym pracują niemal same obce chłopy, nie pojechałabym na pewno, nawet pod lufą pistoletu. To właśnie w tego typu sklepach spotykałam się z obrzydliwymi męskimi komentarzami na temat mojego wyglądu, których wielokrotnie udawałam, że nie słyszę (słyszałam doskonale!). Zwłaszcza, iż nie jestem techniczna i wszystko trzeba mi tłumaczyć niczym blondynce z dowcipów. Nie dociekam, czy byli to pracownicy, czy klienci, w każdym razie na pewno faceci – rzucali sobie na mój temat mało sympatyczne zdania. Zawsze wtedy odchodziłam, uciekałam. Ostatecznie przestałam jeździć po cokolwiek. Wolałam zamówić przez Internet i nie spotykać nikogo. A tym razem nie tylko sama poszukałam faceta z obsługi, nie tylko wypytałam go o wszystko, ale jeszcze spojrzałam na niego wzrokiem złośliwej żmii, gdy próbował nie dosłyszeć pytania zadawanego przez moją mamusię. Wiem, że było ono niekoniecznie mądre, ale mama zasługuje na szacunek, jak każdy inny klient. Lekko tylko mruknęłam: „radzę odpowiedzieć” i facet natychmiast się zreflektował. Walczę teraz o ów szacunek. Wobec wszystkich, nie tylko siebie.
Spacery z psami – niegdyś katorga, dzisiaj przyjemność. Nie jest ważne, czy idziemy na krótki spacer, czy na dłuższą wędrówkę nad rzekę na przykład, idę z radością. Psy mają czas na węszenie, poszukiwanie cudzych kotów, witanie się z sąsiadami i obsrywanie bramy Wsiowemu Troglodycie w Lakierkach (jest to postać znienawidzona przez całą naszą wieś, wredny chłop w garniturze, jeżdżący lśniącą nówką – terenówką, któremu słoma wystaje z butów, a tępe zielsko spod czapki, dlatego dorobił się owego przezwiska). Ja spokojnie czekam na psiaki, nigdzie się nie spieszę, chętnie z każdym pogadam, uśmiechnę się tylko dlatego, że świeci słońce i wszędzie jest zielono, a na polu rośnie kukurydza.
Nie dalej jak wczoraj musiałam pojechać do gminy, pokazać kwitek z wywozu szamba. Oczywiście pani w gminie zaprezentowała wybitną Saharę intelektu, wmawiając mi, że szambo przelewowe, wielkości 10 tysięcy metrów sześciennych, należy wywozić co cztery tygodnie, a wywożenie raz do roku oznacza, że na pewno wylewamy je sąsiadom na pola i należy nam się kara 15 tysięcy złotych. Kiedyś rozpłakałabym się najwyżej i tyle by było. Tym razem moja ambicja i godność odezwały się gromkim głosem z głębi trzewi, uświadomiłam pani ostro (choć grzecznie), ile to jest owe 10 tysięcy metrów sześciennych, zażądałam brutalnie wskazania mi konkretnego przepisu prawnego informującego o konieczności wywożenia szamba co cztery tygodnie (ojoj, zabolało!) i zasugerowałam osobistą kontrolę głębokości naszego „śmierdziucha”, z wchodzeniem do studzienki włącznie. Pani się nadęła jak balon, prychnęła głosem wiekowej bezdomnej kocicy i dała mi do podpisania protokół, w którym stało, że wszystko jest zgodnie z prawem i gmina nie ma do nas żadnych uwag. Można załatwić wszystko, jak się okazuje, tylko trzeba się odezwać i nie pozwolić sobie jeździć po głowie.
Kilka dni temu na drodze był wypadek samochodowy. Niestety, ograniczenie prędkości do 40 km/h nie jest respektowane przez większość kierowców, a policja rzadko się pojawia akurat we właściwych miejscach. Było już kilka śmiertelnych potrąceń, kilka stłuczek, a tym razem poważny wypadek z powodu głupoty dwojga kierujących. Niestety, była jedna ofiara śmiertelna. Traf chciał, że akurat ten wypadek widziałam. Kiedyś ograniczyłabym się do wezwania pogotowia i zabezpieczenia miejsca wypadku, nie ufając we własne możliwości pomocy. Dodam, iż zawsze wożę w samochodzie rękawiczki jednorazowe, ponieważ nie znoszę zaglądać pod maskę i tankować auta gołymi rękami. Tym razem, oprócz poinformowania odpowiednich służb, pobiegłam od razu na miejsce tragedii. Nie zastanawiałam się nad tym, czy zobaczę krew (przy pobieraniu własnej często mdleję), czy może rozdyźdane zwłoki – chciałam pomóc, ruszyłam do działania. Nie obchodziły mnie moje umiejętności (wiadomo, lekarzem nie jestem, ani też pielęgniarką, ale kurs pierwszej pomocy mam za sobą), liczyło się tylko to, żeby ratować ludzi. Adrenalina opadła później, wtedy mnie trochę trzepnęło, ale najważniejsze jest to, że się nie wycofałam, że zaczęłam coś robić. To jest ta zmiana właśnie, zmiana przede wszystkim wewnętrzna, psychiczna, na którą wcześniej nie pozwalała mi otyłość.
Operacja bariatryczna obudziła we mnie chrapkę na życie. Wyprowadziła mnie z domu, wyposażyła w uśmiech, uczy mnie nadal otwierania się na ludzi i na działanie. Łamię swoje własne bariery, które kiedyś żarciem zbudowałam.