Matki otyłości – Ewa Frankiewicz, Pamiętnik pacjenta bariatrycznego – cz.9
8 lipca 2025
MATKI OTYŁOŚCI
Jestem matką od 18 lat. Dokładnie 13 czerwca urodziła się moja córka, pierwsze dziecko. Ciąża była powikłana – przedwczesne skurcze, krwawienia, nadciśnienie ciążowe. Leżałam od początku czwartego do końca ósmego miesiąca. Pamiętam, że czytałam wtedy „Sagę o Ludziach Lodu” i oglądałam serial „Czterej pancerni i pies”. Oczywiście żarłam również, ale dopiero od piątego miesiąca, wcześniej mój organizm przyswajał jedynie landrynki owocowe i płatki na mleku, dlatego przez całą ciążę przytyłam jedynie 7.5 kilograma. Urodziłam Młodą przez cesarskie cięcie (wskazania okulistyczne), przy czym łapali ją prawie w locie, ponieważ pchała się na świat w tempie niewyobrażalnym (godzina od pierwszego skurczu do porodu, z uśpieniem mnie po drodze). Darło się to również niewyobrażalnie, ssać cycka nie chciało za nic, było długie, chude i pełne werwy, zwłaszcza w nocy.
I to właśnie był objaw jej charakteru – do dzisiaj wszystko robi w biegu, uprawia sporty, tańczy, jeździ konno, na deskorolce, rolkach i rowerze, skacze, wyrasta, gdzie jej nie posieją. Nadal jest długa i chuda, mięsa nie je programowo od 12 roku życia, ale wyniki ma dobre.
Łatwo można sobie wyobrazić matkę po cesarskim cięciu, z wściekłym zapaleniem pęcherza po cewniku, pogryzionymi sutkami i … otyłością. Dziecko płacze, matka wyje, ojciec rwie włosy z głowy, bo ma łapy jak drwal i boi się wziąć na ręce te długie 3 kilogramy, o zmianie pieluchy nie wspomnę. Dietę poporodową trzymałam tydzień, potem poddałam się i przeszłam na karmienie bachorka butelką, co prawdopodobnie uratowało życie nam obu. A męża uchroniło przed popełnieniem podwójnego morderstwa.
Młoda jednak była pełna wigoru, spała mniej więcej po 15 minut, po czym wstawała z radosnym krzykiem i wierciła się bez przerwy. Siadać nauczyła się w wieku pięciu miesięcy, przy psim brzuchu, chodziła od 11 miesiąca życia, trzymając delikatnie w rączce ogon naszej labradorki. Również słowo „ogon” wypowiedziała jako pierwsze. Z czasem coraz szybciej i sprawniej biegała, skakała, wspinała się jak małpa, wszędzie jej było pełno.
Od początku wiedziałam, że nie mam szans dorównać jej w bieganiu i wszystkich innych sportach, zatem nawet nie podejmowałam próby. Nie niepokoiło mnie to wtedy jakoś specjalnie, żarłam dalej, dojadając jeszcze po dziecku. Niepostrzeżenie, w ciągu pierwszych sześciu lat życia Wiki, przytyłam 10 kilogramów, a zauważyłam to w momencie, gdy zaszłam w kolejną ciążę i na pierwszej wizycie u lekarza zmuszono mnie, by stanąć na wagę.
Kolejna ciąża przebiegła jeszcze gorzej niż pierwsza, na leżąco spędziłam bite 8 miesięcy, użerając się z krwawieniami, skurczami, skracającą się szyjką macicy, nadciśnieniem ciążowym i cukrzycą ciążową. Pierwsze cztery miesiące znowu rzygałam dalej niż widziałam, co w ostatecznym rozrachunku dało mi ponownie tylko 7.5 kilograma na plusie. Kolejne cesarskie cięcie, kolejne upiorne zapalenie pęcherza po cewniku, po raz kolejny niemożność karmienia dziecka piersią, chociaż Młody cycka bez problemu łapał i mamlał.
Tu przyznaję szczerze – nie znosiłam karmienia piersią. Odczuwałam potężny dyskomfort, zero poczucia bliskości z dziećmi, obolały biust i narastającą frustrację. Do tego stopnia, że gdy okazało się, że Kuba ma wrodzone zapalenie płuc, walczyłam z tym cholernym laktatorem, próbując ściągnąć dla niego cokolwiek pokarmu, wmawiano mi bowiem, iż dla chorego dziecka nie ma nic lepszego. Obwiniałam sama siebie o jego chorobę, o brak mleka, o wszystko. I robiło się z tego błędne koło, bo pokarmu jak nie było, tak nie było, a ja wojowałam po kilkanaście godzin na dobę. Dobrze, że się trafił sensowny pediatra, który wręcz nakazał mi dać sobie spokój z mleczną wojną i przejść na butelkę, bo wykończyłabym siebie i dziecko.
Dziecko, które chorowało na zapalenia płuc niemal bez przerwy, średnio co 10 dni lądowaliśmy w szpitalu, za każdym razem z podejrzeniem coraz gorszych chorób dolnych dróg oddechowych, od dysplazji rzęsek (odsyłam do stosownej literatury medycznej), przez astmę, alergię na wszystko, aż po mukowiscydozę (literatura ponownie) i marskość wątroby. Odsyłano nas od lekarza do lekarza, aż w końcu pewna pani doktor, za cenę 450 zł za prywatną wizytę, zasugerowała nam wyjazd do Rabki, do Centrum Chorób Płuc i Leczenia Mukowiscydozy. Dopiero tam zrobiono synowi (wówczas siedmiomiesięcznemu) sensowne badania i po pięciu dniach otrzymaliśmy diagnozę – refluks żołądkowo – przełykowy jako przyczyna nawracających, zachłystowych zapaleń płuc.
W przeciągu owych siedmiu miesięcy, od porodu do diagnozy, przytyłam kolejne 10 kilogramów, bo ze stresu wpadłam w kompulsywne jedzenie i żarłam niczym głodna tygrysica po tygodniowym poście. Ogórki kiszone zagryzałam czekoladą, drożdżówkę z serem zapijałam Red Bullem, a na deser potrafiłam wrąbać średnią pizzę z pepperoni i górą mozzarelli. Wylądowałam ostatecznie u psychiatry, dostałam leki, zwolniłam tempo żarcia, ale nadmiar kilogramów został i miał się doskonale.
Zastanawiacie się pewnie, po co Wam to wszystko tak szczegółowo opowiadam? Po to, byście byli w stanie sobie wyobrazić, jak wyglądałam w czasie, kiedy moje dzieci miały najbardziej intensywną potrzebę ruchu. Jak słonica w 40 tygodniu ciąży bliźniaczej. I wcale nie chcę się tu usprawiedliwiać sytuacją, bo chore dziecko, bo leczenie, bo to i śmo, i dziesiąte. Nie. Nie jest ważne dlaczego. Istotne jest żarcie samo w sobie, a także ten przeklęty, potężny nadmiar kilogramów.
Moje starsze dziecko właziło na drabinki, a ja mogłam tylko patrzeć na nią z dołu i mieć nadzieję, że nie spadnie i nie skręci sobie karku (złamała „tylko” dwukrotnie rękę w łokciu). Chciała iść na ślizgawkę, ale musiała iść sama, bo moje wytworne „cztery litery” nie zmieściłyby się we właściwym miejscu. Pomijam fakt, iż cała konstrukcja ślizgawki mogłaby wówczas stracić życie bezpowrotnie… Rower – no nie, masakra, boli mnie tyłek, kolana i wszystko inne. Wspinaczka? No dobra, pójdę popatrzeć, będę podziwiać, ale sama nie wejdę. Może trudno w to uwierzyć, ale nigdy nie byłam z moją córką na lodowisku, mimo iż potrafię jeździć na łyżwach.
Młody pchał się na wszystkie możliwe autka, samochodziki i tu miałam szczęście – tatuś był chętny do takiej rozrywki. Woda mile widziana, akurat tu mamunia się specjalizowała (dla tatusia woda jest zbyt rzadka i bez oponki ratunkowej nie ma opcji), ale zgodnie z zasadą: na plażę idę w pareo, do wody wchodzę od razu i po szyję, siedzę tam z dzieckiem, póki mi tyłek nie odmarznie. Na basenie owinięta ręcznikiem, rozwijałam się z niego na chwilę, właziłam krokiem ciężkozbrojnego hoplity (bo trudno to nazwać wchodzeniem) do wody po uszy i już mogłam pływać z synem, bo nikt nie widzi. Pływać potrafię. I lubię.
Dopiero teraz tak sobie uświadamiam, ile krzywdy moja otyłość wyrządziła moim dzieciom. Ja nie brałam udziału w zabawach, bo się po prostu wstydziłam! Z dawnych lat, z harcerstwa, znam mnóstwo zabaw, połączonych ze śpiewaniem i ruszaniem tyłkiem. Śpiewanie wychodzi mi niczym słowicze pienia z surmy bojowej, ale dzieciom to jakoś nie przeszkadzało. Wstydziłam się jednak ruszać, tańczyć i wygłupiać – bo przecież będzie kupa śmiechu, gdy zobaczą to obcy ludzie. Co za tym idzie – nie śpiewałam i nie tańczyłam z moimi dziećmi.
Nie jeździłam z nimi rowerem. Dlaczego? Oficjalna wymówka była taka, że psy muszą wyjść na spacer, czyli ja idę z psami, dzieci na rowerach. Plus mój osobisty odpoczynek po 15 krokach. Nazywało się to – już o tym wspominałam – że pies musi mieć rozrywkę intelektualną i sobie powęszyć spokojnie. Kiedy – raz jeden – mój mąż przystawił mi lufę do głowy i wywlókł mnie z dziećmi na rower, pojechałam, przejechałam półtora kilometra i miałam ochotę chłopa zabić, ale zabrakło mi sił. Nie tylko to jednak – usłyszałam wtedy komentarz sąsiadek: „dawaj matka, goń dzieci”, wypowiedziany dowcipnym tonem, ale z podtekstem pewnej przygany. Od tamtej pory ani razu nie wsiadłam na rower. Bo było mi wstyd!
Do wesołego miasteczka jeździłam z dziećmi tylko w towarzystwie męża. Faktycznie mam wściekłą chorobę lokomocyjną i wszystkie karuzele odpadają z zasady, bo puszczam pawia z rozrzutem, ale nawet gdyby tak nie było, przecież nie zmieściłabym się na siedzeniu! Ja zatem robiłam zdjęcia, z dziećmi bawił się mąż.
Lodowisko. Umiem, potrafię, ogarniam. I co z tego? Od wielu już lat nie mogłam zawiązać łyżew na łydce. Jasne jest, że nikomu się do tego nie przyznałam – szukałam wymówek, bolące kolano, głowa, kuper, łokieć – wszystko było dobre, by uniknąć wyjazdu na łyżwy z potomstwem.
Basen, tudzież plaża – w wodzie bardzo chętnie, ale tylko poza Polską. Tam nikogo mój wygląd nie interesował (innych Polaków miałam w d…e), normalnie siedziałam na leżaku, pływałam, zero stresu. No, poza momentem siadania na leżak – zawsze bałam się, by się pode mną nie załamał. W Polsce, jeśli już byłam nad Bałtykiem, to szczelnie schowana za parawanem, do wody wchodziłam niemal ubrana. Nad jezioro nie pojechałam z dziećmi ani razu! Wstydziłam się…
Kilka razy usłyszałam też komentarze innych dzieci na temat swojego wyglądu. Teoretycznie przeszłam nad tym do porządku, broniłam nawet chłopca, któremu ojciec przylał w tyłek, ponieważ usłyszał, jak jego syn dokucza mojej córce na temat mojej figury („betoniarka”). Moja córka miała rzecz w nosie totalnie, dzieciak oberwał od swojego tatusia profilaktycznie. Miał 5 lat, sądzę zatem, że tego typu komentarz musiał usłyszeć jednak w domu.
Dziś już wiem, że należę do matek otyłości – tych kobiet, które z powodu własnej nadwagi nie bawią się z dziećmi, nie grają z nimi w żadnego badmintona, siatkówkę, czy piłkę nożną, nie jeżdżą rowerem, ani też nie uprawiają wspólnie żadnych sportów. Mało tego – taka matka sprawia, że dzieci muszą na nią wszędzie czekać, bo albo musi iść wolniej, albo odpocząć, albo usiąść, albo mówi: „idźcie sami, ja już nie mogę”.
Moje, dziś nastoletnie, dzieciaki są teraz w szoku – poszłam z nimi na rower, chodzimy na długie spacery, zagrałam nawet z nimi w piłkę i w tenisa. Byłam kilka dni temu z synem i córką (oraz ich znajomymi) we Wrocławiu. Upał był wściekły, sauna normalnie, ale ja szłam. Nie sapałam, nie ziałam, nie pociłam się bardziej niż inni, szłam. Nie musiałam co chwilę siadać na ławce (nie licząc jednego razu, ale wtedy rzeczywiście zrobiło mi się słabo, bo spadł mi cukier, zapomniałam bowiem o porze posiłku, dopiero posilający się hipcio dał mi do myślenia), wszędzie chodziłam z dzieciakami piechotą i bolały mnie nieco jedynie mięśnie ud. Ale nie na tyle, żeby cierpieć, czy nie móc się ruszyć. To było takie zdrowe, satysfakcjonujące zmęczenie.
Mało tego, gdy ostatnio pogryzłam się z małżonkiem na noże (dobrze, że w domu siekiery nie było), zamiast rzucić się do szafki i zeżreć cokolwiek, włożyłam słuchawki na uszy, puściłam na full arie z ulubionych oper (taka moja muzyczna słabość) i poszłam na długi spacer. Pies był tylko zdziwiony, że idzie drugi raz. Wybaczyła mi po upolowaniu przypadkowego bażanta. Drugi pies miał w nosie spacer i poszedł spać.
Ja wiem, że to wszystko, to jeszcze niewiele. Ale dla mnie to droga o najmniej na Rysy i z powrotem. To, czego nie robiłam przez ponad 20 lat i ponad 20 kilogramów temu, dziś robię. Nie powiem, nie jest mi łatwo, ale sam fakt, że mi się chce ruszyć, to jest już bardzo wiele. Całe życie będę matką otyłości. To się nie zmieni. Ale może uda mi się zawalczyć na tyle, żeby jeszcze coś zrobić z moimi ludzkimi szczeniakami. Póki jeszcze chcą coś robić z własną mamusią. Nawet jeśli to będzie tylko długi spacer…