Pamiętnik

Namiętności w otyłości. Pamiętnik pacjenta bariatrycznego – cz.19. Ewa Frankiewicz


14 sierpnia 2025

NAMIĘTNOŚCI W OTYŁOŚCI

            Dzisiaj obchodzimy z mężem 21 rocznicę ślubu. Oboje zastanawiamy się właśnie, jakim cudem wytrzymaliśmy ze sobą tyle czasu, nie zabijając się wzajemnie. Mąż się śmieje, że gdyby, zamiast się ze mną żenić, zabił mnie, to akurat wyrok kończyłby mu się za cztery lata.

            Nie ma się co oszukiwać, oboje mamy ciężkie charaktery i trwałość naszego małżeństwa to chyba wyjątkowo szczęśliwy wypadek losowy. Zawsze mówię i będę mówić, że gruchamy sobie jak dwa gołąbki – raz on gruchnie mnie, raz ja jego. W tym wszystkim jednak łączy nas potężne uczucie, które pozwala nam się pozbierać po cichych dniach, głośnych awanturach i złośliwych przepychankach słownych, których celem jest wykończenie drugiej strony. A słownie wykańczamy się bardzo łatwo. I równie boleśnie.

            Poznaliśmy się, gdy miałam 18 lat, on miał 20. Dwa młode gnoje, zainteresowane sobą zwłaszcza fizycznie, cieleśnie odkrywające się wzajemnie. Różniące się od siebie jak dzień i noc. Ja – ekstrawertyczka, gaduła, dusza towarzystwa (znajomego!), zapalona podróżniczka i pomylona miłośniczka zwierzaków, u której co w sercu, to na języku. On – introwertyk, milczek, nieśmiały, trzymający się wyłącznie z trzema kolegami, domator, lubiący zwierzęta, ale starający się tego nie okazywać, który najchętniej ukryłby przed samym sobą, co jadł wczoraj na obiad. Kiedyś powiedział mi, że zwrócił na mnie uwagę tylko dlatego, że lubił u kobiet długie włosy, a moje wówczas sięgały tyłka. Jasne jest, że byłam wówczas zdecydowanie szczuplejsza (chociaż już z nadwagą i to sporą), ale miałam niezły biust, który potrafiłam umiejętnie zaprezentować w dekolcie (oraz uratować się nim przed mandatem za przekroczenie prędkości o 45 km/h). Podejrzewam, iż właśnie te dwa czynniki – włosy i cycki – zrobiły pewne wrażenie na moim przyszłym mężu, ponieważ – mimo obecności mojej bardzo szczupłej i atrakcyjnej koleżanki – nawet na nią nie spojrzał. Koleżanką zainteresował się jego kolega – oni też się później pobrali.

            Trzeba przyznać, że z początku to ja byłam dominującą stroną w związku. Mojemu chłopu musiało naprawdę na mnie zależeć, ponieważ zazwyczaj stawiałam na swoim. To ja ciągnęłam go do kina, do knajpy na piwo, na dyskotekę, na spacer, do Nałęczowa i Kazimierza, a nawet na oglądanie małp w warszawskim ZOO. On to akceptował i ustępował pod babskim terrorem.

            Dość szybko odkryliśmy się również seksualnie. Tę część mojej refleksji przeczytajcie proszę – na wszelki wypadek – po 22.00, żeby nie było, że Was demoralizuję. Oboje mieliśmy za sobą jakieś związki, w których zaistniały pewne pieszczoty cielesne, ale były to mocno nieporadne działania, niemal bez przyjemności, bardziej z obowiązku, bo przecież wszyscy to robią. Gdy zatem, będąc już ze sobą, przeszliśmy z randek dziennych na wieczorne i nocne, uczyliśmy się siebie właściwie od początku. I nie było to tak, że hop – siup, lecimy do łóżka i oboje przeżywamy orgazmy swojego życia. Zanim w ogóle doszliśmy do etapu przyjemności z seksu, trochę potrwało, ale potem działaliśmy bardzo aktywnie i często.

            Nie miałam wówczas oporów w eksperymentowaniu seksualnym, mówiąc ordynarnie, byłam chętna i namiętna. Mój chłop również. Czułam się przez niego akceptowana, kochana, mówił mi to, ale też okazywał. Sądzę, iż w drugą stronę działało to identycznie. Byłam go pewna, swoich uczuć również, jednak już wówczas pojawiło się w mojej głowie myślenie, że to chyba niemożliwe, żebym mu się naprawdę podobała. Przecież jestem za gruba.

            To wtedy zaczęłam kombinować z rozmaitymi dietami, katowałam się surową marchewką i gotowanym mięsem, by po zrzuceniu kilku kilogramów wrócić do wagi poprzedniej. Z nadwyżką. Przy czym mój facet nawet jednym słowem nie wspomniał, że coś jest z moją figurą nie tak. Wręcz przeciwnie, stale był mną seksualnie zainteresowany. Dopadaliśmy siebie często i niemal wszędzie, nie mogliśmy utrzymać rąk z dala od siebie. Ale ja tyłam.

            Potem był ślub, pierwsze trzy lata wspólnego życia, nadal ostro, nadal często, nadal namiętnie. Jak wiadomo, skutkiem szczęśliwego małżeństwa często jest ciąża, u nas zaplanowana, oczekiwana i … cholernie trudna. Pierwsze cztery miesiące rzygałam, jadłam landrynki i lane kluski na mleku, potem musiałam leżeć plackiem, bo miałam ciągle skurcze, plamienia, w szóstym miesiącu pojawiły się gigantyczne obrzęki, nadciśnienie ciążowe. Wszystko to nie sprzyjało ekscesom seksualnym, wręcz miałam zakaz używania męża do czynności innych niż zrobienie herbaty i noszenie ciężkich rzeczy. Niemal 9 miesięcy bez seksu. Mąż zniósł to bohatersko, ale oczekiwał, że po połogu wrócimy do łóżkowej aktywności. I tu się sprawa „rypła”, ponieważ mnie już seks aż tak nie interesował. Wtedy jeszcze nie przytyłam jakoś gigantycznie, ale wchodziłam już stopniowo w stadium otyłości, poza tym nasza córka dawała mi w ciągu dnia niezłe cięgi, mało spała i wymagała ciągłej uwagi. Wieczorami padałam na łóżko jak zdechła, ani mi w głowie były zainteresowania seksualne.

            Gdy młoda miała 4 miesiące, poszłam pracować do banku, ale poprzedzone to było sześciotygodniowym szkoleniem w Warszawie. Od niedzieli po południu do piątku wieczorem nie było mnie w domu. Gdy wracałam, stęskniona córka wisiała na mnie, a stęskniony mąż był na drugim miejscu. Poza tym właśnie wtedy mocno przytyłam – w Warszawie jadłam nieregularnie, bardzo często fast – foody, piłam sporo piwa (nie karmiłam piersią, żeby była jasność) i po tych sześciu tygodniach miałam co najmniej 5 kilo na plusie.

            To był ten moment, kiedy zdecydowanie osłabły moje namiętności. Kochałam męża bardzo, ale nie przekładało się to na seks. Zbliżenia były rzadko i zazwyczaj aranżował je mąż. Coraz mniej wychodziłam do ludzi, coraz bardziej zamykałam się w sobie i uciekałam od świata, mając coraz niższe poczucie własnej wartości. Coraz też częściej spotykałam się z nieprzyjemnymi komentarzami na temat mojego wyglądu.

            Większą „chcicę” złapałam, gdy zaczęliśmy się starać o kolejne dziecko. Zaczepiałam męża często, nawet kilka razy dziennie, ale ewidentnie działała tu chęć poczęcia, nie chęć seksu jako takiego. Co nie przeszkadzało, że miałam z tego wiele przyjemności.

            Później przytrafiła nam się strata bliźniaczej ciąży, mocno rozwleczona w czasie. Nie mieliśmy pojęcia, że są dwa zarodki, jeden w macicy, a jeden w jajowodzie. Ten pozamaciczny wykryto szybko, ale ten drugi lekarze odkryli 3 tygodnie później. To był koszmar, który przeżywaliśmy przez 8 tygodni. Mąż z nerwów nie jadł, ja żarłam jak prosię. I tak kilka miesięcy, aż dobiłam do 113 kilogramów.

            Wtedy właśnie pojawiła się trzecia ciąża, w której w dniu porodu ważyłam 120 kilogramów, i to tylko dzięki temu, że na początku schudłam 7.5 kilo. Bo nie mogłam jeść z powodu mdłości. Gdyby nie to, pewnie przekroczyłabym 130. Miałam cukrzycę ciążową, w ostatnich dwóch tygodniach przed porodem nadciśnienie ciążowe, a leżałam plackiem od 6 tygodnia ciąży, ponieważ znowu były skurcze i plamienia. O seksie nawet nie było mowy.

            Nasz syn urodził się chory, miał niby „tylko” zapalenie płuc, ale od razu jako matka czułam się winna, bowiem usłyszałam od położnych, iż jego choroba to moja wina, gdyż w ostatnich dwóch tygodniach ciąży miałam zapalenie zatok, z gorączką i brałam antybiotyk. Przekazałam infekcję dziecku. Nie muszę Wam mówić, jak bardzo mnie to znerwicowało, zwłaszcza gdy wyrzucili mnie ze szpitala w 3 dobie po cesarce, a dziecko musiało tam beze mnie zostać jeszcze tydzień. Piersią nie karmiłam, bo stres wykończył pokarm. Żarłam zatem jak zwariowana, żeby zagłuszyć nerwy.

            Młodemu zapalenia płuc nawracały ciągle, pierwsze cztery miesiące życia spędził w szpitalu, wręcz z podejrzeniem mukowiscydozy. Antybiotyków nabrał się tyle, że niemal świecił w ciemności. Pierwszy rok to było stałe chorowanie dziecka, co przypłaciłam depresją i kolejnym żarciem. W krótkim czasie przybyło mi niemal 10 kilogramów.

            Seks był na ostatnim miejscu. Szczerze przyznaję, że ani mąż, ani ja nie mieliśmy wówczas ochoty na nic, poszukiwanie diagnozy naszego syna zaabsorbowało nas całkowicie. Gdy jednak młody nieco się wykaraskał z problemów oskrzelowo – płucnych, a mukowiscydoza i dysplazja rzęsek zostały wykluczone, wydawało się logiczne, że wrócimy do akcji intymnych.

            Nic bardziej mylnego. Moja otyłość w pełni pokazała, na co ją stać. Seks był sporadycznie, raz na kilka miesięcy, ochota zerowa, do tego nasilające się problemy w pracy, depresja, leki, nietrzymanie moczu, ból podczas współżycia – było wiele powodów, dla których nie miałam chęci. Dla męża było to trudne do zniesienia, powarkiwał na mnie, kiedy się od niego odsuwałam, niby żartobliwie (ale dla mnie boleśnie) odgrażał się, że poszuka bardziej chętnej laski, w naszym małżeństwie działo się coraz gorzej. Do zwykłych tarć związanych z różnicą charakterów, doszły wojny o łóżko. Jedno obrażało się na drugie – on, bo nic nie było, ja, bo on nie rozumiał.

            Słuchajcie, ja wiem, że opisuję Wam bardzo intymne sytuacje, ale mówię o tym nie bez powodu. Być może część z Was zna te problemy z własnych doświadczeń, ale wiem doskonale, jak trudno jest o tym powiedzieć choćby lekarzowi. Wyobraźcie sobie, mój psychiatra jest także seksuologiem, a ja długo nie miałam odwagi mu powiedzieć wprost, że nie mam ochoty na seks. Powiedziałam mu to dopiero po przeszło dwóch latach terapii.

            Dlaczego zatem mówię o tym teraz, zapytacie? Dlatego, że wreszcie przestałam się dziwić niezrozumieniu przez męża. On nie mógł mnie zrozumieć. Nigdy nie chorował na otyłość, ma nadwagę, fakt, brzuch ma jak piłeczkę, drugą brodę też ma, ale przy tym całe życie pracował fizycznie, jest bardzo silny i równie zawzięty. Nie pozwala sobie na zmęczenie, haruje niczym przysłowiowy wół i kocha ciężką pracę. Taki charakter i – jak sądzę – przejścia z przeszłości, ponieważ wcześnie stracił ojca i musiał przejąć odpowiedzialność za gospodarstwo. Odporność psychiczną ma niczym podkład kolejowy albo czołg, depresja to dla niego pojęcie nieznane, a otyłość według niego można najskuteczniej leczyć metodą „mniej żreć”. Tu jest odporny na jakiekolwiek informacje, typowy Rycerz Zakuta Pała (mówię to z całą miłością, ale tak jest).

            Ja przez całe życie byłam typowym dzieckiem miasta, które uznawało jedynie wysiłek intelektualny. Praca fizyczna była dla mnie zawsze najgorszą karą z możliwych. I teraz, nagle, po utracie 27 kilogramów, chętnie grabię wykoszoną trawę, chodzę za kosiarką, obcinam tuje i inne zielska. Nie plewię, bo boję się pokrzyw (panicznie!) i nie cierpię grzebania w ziemi. Ale ruszyłam tyłek. Nawet bez większej rozpaczy. Nie powiem, że to uwielbiam, ale jeśli trzeba, zrobię to i nie będę się buntować.

            Co zatem z seksem? No cóż, to jeszcze nie jest szał ciał i uprzęży, bo dopiero – powoli – wracają mi chęci na zabawy łóżkowe. I nie jest to już wyłącznie pozycja „po bożemu”, która dominowała przez lata w naszych sporadycznych stosunkach seksualnych. Bez oporu pokazuję ciało, mojemu mężowi bardzo się teraz podoba mój tyłek, jestem skłonna do dłuższych pieszczot i sprawia mi to przyjemność. Skończył się problem nietrzymania moczu, sama wyciągam ręce w kierunku chłopa, nawet potrafię go obudzić w środku nocy. Wciąż jeszcze odczuwam ból podczas współżycia, ale tu czeka mnie wizyta u ginekologa, ponieważ – być może – zaczyna się u mnie menopauza. Po prostu muszę zrobić badania. Ale znowu dotyk męża sprawia mi przyjemność. Znowu jest mi dobrze w jego ramionach. Nawet jeśli mnie po prostu przytuli, jest mi fajnie, nie odsuwam się, nie uciekam, nie warczę. Po raz pierwszy od wielu lat potrzebuję tego.

            Teraz dopiero widzę, ile życia seksualnego zabrała mi otyłość. Ile zabrała mi szczęśliwych chwil z mężem. A przecież seks w związku jest niezmiernie ważny, jest jednym z podstawowych elementów udanego partnerstwa. Bardzo żałuję, że zapomniałam o tym przez ostatnie lata. I cieszę się, że powoli sobie o tym przypominam. A tak w ogóle – bardzo Was przepraszam za te osobiste, niemal pornograficzne wynurzenia, ale tak mi to wszystko dzisiaj przyszło do głowy…

leczotylosc.pl