Pamiętnik

Naukowy plan na chudsze życie. Pamiętnik pacjenta bariatrycznego cz.27. Ewa Frankiewicz


28 sierpnia 2025

NAUKOWY PLAN NA CHUDSZE ŻYCIE

            Może będziecie się ze mnie śmiać, ale zmieniam się psychicznie jak łaty na futrze szczeniaka dalmatyńczyka. Dzisiaj akurat minęło 4 miesiące od operacji i zwróciłam uwagę na to, jak bardzo brakuje mi rozwoju naukowego. Człowiek przez lata zaszczuty, wycofany, chowający się w skorupie codziennej pracy w szkole (do pewnego momentu zresztą bardzo lubianej), zapracowany po 18 godzin na dobę, toczący walkę prywatną pomiędzy pracą a rodziną, nie myślał o rozwoju naukowym, ponieważ jawiło mu się to niczym koszmar. Perspektywa napisania artykułu naukowego traktowana była przeze mnie dokładnie tak, jak absolutna strata czasu. Miałam do sprawdzania tyle testów, rozprawek, opowiadań, czekało mnie przygotowanie tak wielu lektur do opracowania, że pisanie czegoś dodatkowego nie mieściło się w mojej głowie. Kilkakrotnie miałam nawet ambitny plan w tym zakresie, ale szybko odpuszczałam, chociaż pomysłów mi nie brakowało.

            Kiedy po studiach zaczynałam pracę, zostałam zatrudniona na uczelni wyższej. To niejako automatycznie obligowało mnie do planu zrobienia doktoratu, ale żeby w ogóle myśleć o tytule naukowym, musiałam napisać co najmniej dwie publikacje do recenzowanego czasopisma. Nie będę ukrywać – w tym pomógł mi tata, wówczas profesor tytularny na jednej z lubelskich uczelni. Miał znajomości, kontakty, dojścia do wydawnictw, organizował konferencje naukowe (również międzynarodowe), pisał swoje książki pod redakcją – to wszystko pozwoliło mi w krótkim czasie (mniej więcej 2.5 roku) spłodzić (bezboleśnie i z pasją) przeszło 10 artykułów naukowych. Z takim dorobkiem mogłam startować na studia doktoranckie. Nawet faktycznie je zaczęłam, ale okazało się, że jestem w ciąży, zagrożonej, powikłanej, wymagającej leżenia plackiem. Dziecko było dla mnie zdecydowanie ważniejsze, doktorat odpuściłam.

            Po urlopie macierzyńskim próbowałam pracy w banku, ale to nie była moja bajka. Nie umiałam wciskać klientom stert pożyczek, kart kredytowych i innych elementów, na których banki zarabiają, nadawałam się jedynie do bieżącej obsługi kasowej, w tym byłam świetna, bo – niezależnie od tego, jak ludzie mnie traktowali – byłam dla nich miła, uprzejma i obsługiwałam ich z uśmiechem. Płakałam dopiero w domu. Byłam już wówczas gruba potężnie, klientom banku nie odpowiadało, że obsługuje ich taka „mało estetyczna” pracownica. Pojawiło się to w ankietach jakości obsługi i do tego stopnia ubodło mojego ówczesnego kierownika, że przeprowadził ze mną rozmowę, w której pojawiła się sugestia: „albo schudniesz, albo precz”. Odeszłam. Bez żalu z powodu pracy, z cierpieniem w sercu z powodu wyglądu.

            Wróciłam do prowadzenia kursów zawodowych i dostałam zajęcia zlecone na uczelni. Niewielkie pieniądze, ale świetni studenci i przyjemna atmosfera. Chociaż od tego czasu minęło przeszło 12 lat, wspominam tę szkołę z uśmiechem, z wieloma dawnymi studentami wciąż mam kontakt, a niektórzy dzwonią co roku w moje imieniny. Nie wspomnę już o tym, kiedy z trzyletnią córką wracaliśmy z mężem z Warszawy i zatrzymawszy się po drodze w pewnej knajpie na obiedzie, nagle zaczęło mnie przytulać i całować około 20 facetów, w większości mocno pijanych, którzy baranim rykiem wrzeszczeli na całą okolicę: „chłopaki, nasza pani Ewunia tu jest!!!”. Możecie się domyślać miny mojego małżonka…

            Był to czas, kiedy ponownie dużo publikowałam, angażowałam się w konferencje naukowe, wyjeżdżałam na nie do Austrii, Stanów Zjednoczonych, Holandii oraz na Słowację, miałam plany naukowe i czas na ich realizację. Potem jednak trafiła mi się kolejna ciąża, bliźniacza, którą straciłam i musiałam się po tym pozbierać. Następnie trzecia ciąża, tak samo powikłana jak pierwsza, wymagająca leżenia. Plany naukowe poszły precz.

            W tym czasie coraz bardziej pogrążała mnie otyłość. Zaczęłam pracę w szkole. Tej właśnie jedynej, w której nikt nie oceniał mnie przez pryzmat mojego wyglądu, liczyło się to, co sobą reprezentuję jako nauczyciel. W pracy byłam uśmiechnięta, wesołkowata, chętna do najgłupszych figli, do prowadzenia zajęć przez zabawę, lecz tak naprawdę byłam coraz bardziej zamkniętym w sobie człowiekiem, unikającym spotkań integracyjnych (bo co sobie ludzie o mnie pomyślą), niechętnie wychodzącym na imprezy firmowe (nie mam z kim zostawić dzieci), wrogo nastawionym do wszelkich spontanicznych wyjść i wyjazdów (chyba żartujesz, nie mam czasu). Jedyną opcją, kiedy zgadzałam się spotykać z ludźmi, były studia podyplomowe, które realizowałam z zacięciem. Fakt, było to narzucone odgórnie przez dyrekcję szkoły, ale uczyłam się z przyjemnością.

            Niestety kochani, nauczyciel ma obowiązek uczestniczyć w szkoleniach i innych formach samorealizacji. Było to jeszcze przed pandemią, więc nie było zajęć zdalnych, wszystko odbywało się stacjonarnie. Jeździłam na szkolenia po całej Polsce, część z nich odbywałam w ramach szkoleń rady pedagogicznej, robiłam studia podyplomowe na trzech kierunkach jednocześnie, bo taka była potrzeba szkoły. Nikt mnie specjalnie nie pytał, czy chcę – trzeba było i już. Wybrałam sobie takie kierunki, które mnie interesowały, bo zainteresowania chemią i matematyką nigdy u mnie nie było. Skupiłam się na języku niemieckim i polonistyce. Potem była jeszcze logopedia, terapia pedagogiczna, pedagogika wczesnoszkolna, muzyka. Tyle tego, że na plany stricte naukowe nie miałam ani siły, ani czasu. Jestem ambitną perfekcjonistką, jeśli się za coś zabieram, to wchodzę w to całkowicie, z uszami i nosem, i chcę mieć piątkę na dyplomie.

            Praca w szkole nie sprzyja rozwojowi naukowemu. Otyłość nie sprzyja w ogóle kontaktom międzyludzkim. Na wszystkich podyplomówkach byłam lubiana, szanowana, zarówno przez koleżanki, jak i przez wykładowców. To była taka miła, weekendowa odskocznia od ponurej codzienności szkolnej i nieco mniej ponurej rodzinnej. Poza tym – to też ważne – nigdy (poza dwoma kierunkami studiów magisterskich) nie studiowałam w Lublinie. Celowo wybierałam Rzeszów lub Warszawę, żeby nie znać nikogo. Chciałam być kompletnie obca, z nieznanym nazwiskiem, owszem otyła, ale wypracowująca sobie niejako własną „markę”. I to się w pełni udało.

            Natychmiast po weekendzie wracałam do domu i pracy, ponownie zamykając się niczym ślimak w prywatnej muszli, nie chcąc widzieć ludzi i oglądać świata. Najbezpieczniej czułam się na własnych śmieciach, przy swoim biurku i komputerze. Na zakupy jechałam, gdy już nie miałam innego wyjścia. Z psami spacerowałam krótko i tylko po swojej wsi. Dla dzieci nie miałam czasu i nie chciałam go mieć, bo było to wyczerpujące fizycznie.

            Dzisiaj otwieram się na świat. Po ośmiu miesiącach, które przesiedziałam w domu, początkowo z płaczem i głęboką depresją, później (po operacji) z rosnącym zainteresowaniem tym, co się dzieje wokół mnie, dzisiaj mam plany. Właśnie naukowe. Zrozumiałam, że muszę (i chcę!) wykorzystać ten czas, gdy nie pracuję na razie, dając sobie okazję do przebranżowienia się i zmiany zawodu. Nie przeraża mnie ta zmiana w wieku 45 lat, co rok temu byłoby nie do pomyślenia. Pozwoliłam sobie przemyśleć wszystko i zauważyć, iż mentalnie mam 20 lat i nie więcej, odmłodniałam, poweselałam, bardziej się angażuję nawet w drobne sprawy. Pojęłam, że nie ma ograniczenia wiekowego – jeśli chcemy spełnić swoje marzenia, nawet takie sprzed lat, możemy to zrobić.

            Wiecie, utrata 27 kilogramów sprawiła, że mogę wszystko. No, może nie będę się pchała do skoków na bungee i ze spadochronem, ale mogę pójść na rower, rolki, wejść na drabinę i schylić się, żeby wyrwać trawę spomiędzy kostki brukowej. A skoro mogę wszystko, to mam prawo też do naukowego rozwoju i realizacji naukowych marzeń.

            Może powiecie mi, że kompletnie zwariowałam (kto wie, czy nie będziecie mieli racji?), ale zapisałam się na kolejne studia podyplomowe (3 kierunki), złożyłam dokumenty do Szkoły Doktorskiej (nie wiem, czy mnie przyjmą, ale przynajmniej nie będę miała do siebie pretensji, że nie spróbowałam) i zaczynam od 1 października dwuletnie studia kwalifikacyjne  na kierunku … uwaga, psychotraumatolog!

            Ja wiem, że psychotraumatologia to skrajnie różny kierunek od historii, języka polskiego i języka niemieckiego. Ale tak naprawdę, kiedyś, lata temu, chciałam być lekarzem. Zrezygnowałam ze studiów medycznych, ponieważ nienawidziłam chemii i pani od chemii (z pełną wzajemnością zresztą), poszłam w drugim kierunku, który kochałam i kocham nadal. Dzisiaj, w pełni świadoma własnych czynów, zdecydowałam się spełnić dawne marzenie, chociaż częściowo.

            Ja po prostu czuję, że muszę zmienić zawód. Nauczycielem mogę sobie być prywatnie, na korepetycjach (z dziką radością), ale nigdy już nie chcę wracać do oświaty systemowej, w której jedyne co jest, to totalny pierdolnik, ministerialne głupoty bez pojęcia o realiach i brak poszanowania dla ucznia oraz jego rodzica. O nauczycielu nie wspominając.

            Gdyby nie operacja bariatryczna, nigdy w życiu nie odważyłabym się podjąć takich decyzji! Sama nie zdołałabym schudnąć, nie wychylałabym się przed szereg, zamknięta w domu niczym grecki niewolnik w rzymskiej chałupie. Nie miałabym nawet zielonego pojęcia, że można żyć inaczej, że warto o siebie walczyć. Nękałyby mnie kolejne choroby związane z otyłością – nadciśnienie, cukrzyca, bóle stawów i wszystko inne. Nie rozwijałabym się, bo zadałabym sobie pytanie: „a po co?”. I odpowiedź byłaby jedna: „nie warto!”. Pokornie poddawałabym się tyranii hejtu, nienawiści i nietolerancji.

            Ta operacja na nowo przywróciła mnie do życia. Obniżyło mi się ciśnienie, cukier wrócił do normy, a kolana przestały boleć i swobodnie wychodzę z wanny, nie stękając. Chętnie spaceruję i sprawia mi to przyjemność. Ale przede wszystkim otworzyłam głowę, wróciła moja naukowa pasja do uczenia się, wróciły marzenia i plany.

            Nie wiem, czy zrealizuję je wszystkie. Na pewno będę się starała. Ale jeśli nawet coś nie wyjdzie, nie będzie to dla mnie powód do krytyki samej siebie. Cieszy mnie to, że na nowo mogę je realizować i po prostu chcę.

leczotylosc.pl