Pamiętnik

Niezniszczalne trio – Ewa Frankiewicz, Pamiętnik pacjenta bariatrycznego cz.12


17 lipca 2025

NIEZNISZCZALNE TRIO

            Samo słowo „operacja” brzmi poważnie. Nic więc dziwnego, iż stojąc przed perspektywą jakiegokolwiek zabiegu chirurgicznego, łapiemy stres, nerwy, strach towarzyszy nam co najmniej tydzień przed pójściem do szpitala.

            Operacja bariatryczna, chociaż pozornie może się wydawać zabiegiem banalnym, wcale taka nie jest. Z zewnątrz nie wygląda to bardzo źle – pięć, może sześć dziur na brzuchu, niewielkich, niespecjalnie bolesnych, na ogół gojących się bardzo dobrze. W środku jednak jest chirurgiczna demolka, są żywe rany, gaz, którym zostajemy „wypchani” podczas operacji wychodzi nam przodem i tyłem, boląc w międzyczasie. Bolą nawet poprzecinane w środku mięśnie. Zdarza się, że jest nam niedobrze, mamy zawroty głowy, a wstanie z łóżka jawi się niczym wspinaczka na Rysy w trudnych warunkach meteorologicznych. Niektórzy mają sraczkę do kompletu, bądź puszczają pawia i wstydzą się tego ogromnie, chociaż dla pań pielęgniarek na chirurgii nie jest to ani nowe, ani zaskakujące.

            Nie chcę przez to powiedzieć, żeby się nie decydować na zabieg bariatryczny, absolutnie uważam, iż była to jedna z najlepszych decyzji, jakie w życiu podjęłam. Wręcz wolałabym zabieg tego typu, niż kanałowe leczenie zęba, wychodząc z założenia, że dentyści to sadyści, a chirurdzy to pasjonaci. Ale nie będę udawać super bohaterki – w pierwszych dniach po operacji nie było mi łatwo (łatwiej jednak aniżeli po cesarce).

            Ogromną zaletą bariatrii jest brak cewnika. Przeszłam w życiu dwa cesarskie cięcia i uczciwie mówię, iż najgorszy w tym wszystkim był właśnie cewnik, a zwłaszcza zapalenie pęcherza po nim. Uwierzcie mi, pogryzione przez dziecko sutki i szew po cięciu to było nic w porównaniu z upiornym bólem pęcherza. Kroplówki, pobieranie krwi przy tym są samą przyjemnością. Do tego muszę wspomnieć, że panie położne po porodzie nie są tak miłe, jak panie pielęgniarki na chirurgii w naszym Szpitalu Wojskowym. To już prywata, wiem, ale chcę, by to zabrzmiało głośno i wyraźnie.

Dlaczego tak to podkreślam? Słuchajcie, po operacji nie zawsze jesteśmy w stanie poradzić sobie samodzielnie, bywa że potrzebujemy pomocy w bardzo prozaicznych czynnościach. Zdarzają się zapracowani członkowie rodziny, którzy nie mogą być z nami w szpitalu 24 godziny na dobę. Wtedy potrzebujemy pomocy pielęgniarskiej i psychicznego wsparcia.

W moim przypadku tak się złożyło, że mąż akurat pracował na noce, zaś w dzień zamiast odespać choć trochę, woził dzieci do szkół, na dodatkowe zajęcia, na rehabilitację, załatwiał zakupy, spacery z psami i zebrania z rodzicami. Odwiedzała mnie tylko córka, która po prostu ma liceum obok szpitala, ale męczyłam się szybko i wyganiałam ją do domu. Większość czasu byłam sama, lecz na szczęście, poza opieką pielęgniarską, miałam też wsparcie z innej strony.

Już przy przyjęciu na oddział obok mnie siedziała młoda dziewczyna i wydawało mi się, że kojarzę jej nazwisko z grupy wsparcia SLO. Wiedziałam, że tego dnia ma być nas trzy do operacji. Ale oczywiście nie miałam odwagi do niej zagadać… Jednak sama świadomość, iż ten dzień jest równie ważny dla kogoś jeszcze, pomógł mi się pozbierać.

Mniej więcej godzinę później spotkałam na korytarzu drugą dziewczynę, która – podobnie jak ja – nie miała założonego wkłucia na rękę, ponieważ uciekały jej żyły. Zaczęłyśmy rozmawiać, na szczęście ona była odważniejsza ode mnie i rozmowa potoczyła się „z górki”. Zaraz potem oficjalnie poznałyśmy się już we trzy, nagle okazało się, że mamy podobne problemy, podobne lęki i podobne nadzieje.

Właśnie wtedy zaczęło się magiczne porozumienie trzech pacjentek naszego Pana Doktora. Pacjentek chorych na otyłość, pracujących w różnych zawodach, mających różne życiowe doświadczenia, ale takich samych w kontekście choroby. Tak samo zestresowanych zaplanowanym na kolejny dzień zabiegiem. Tak samo obawiających się, co będzie później. Tak samo idących z ogromną nadzieją na stół operacyjny.

To porozumienie było inne, niż z pozostałymi osobami z grupy wsparcia. We trzy przeżywałyśmy wszystko w tym samym czasie, siłą rzeczy rozmawiałyśmy o nasileniu bólu pooperacyjnego, o obrzydliwości Nutridrinków (akurat nam nie podeszły, proszę się nie sugerować), o pierwszych próbach wstawania z łóżka po zabiegu i koszmarnym osłabieniu. O zachowaniu na sali operacyjnej, kiedy każda z nas inaczej odczuła podane znieczulenie. O jednorazowych gaciach i koszuli, która nijak się na biuście nie chciała zawiązać, a w których trzeba było przedefilować przez pół szpitala na blok operacyjny. O pierwszym sikaniu, piciu, łykaniu leków. O lęku, co będzie w kolejnych dniach. Dla nas było naturalne, że rozmawiamy o tym we własnym, trzyosobowym gronie, mimo iż na grupie również opisywałyśmy swoje samopoczucie.

Dla mnie to wsparcie dziewczyn było (i jest) bezcenne. Dzięki nim łatwiej mi było stanąć na nogi po operacji, bo wiedziałam, że one też przez to przechodzą. Rozmawiałyśmy o tym, co gotujemy, jak jemy, co nam smakuje a co zupełnie nie wchodzi. Podpowiadałyśmy sobie, jak działać, kiedy zawracać tyłek Doktorowi, bo coś nas niepokoi, pokazywałyśmy sobie zdjęcia blizn, żeby się wzajemnie uspokoić i wesprzeć. Pokazywałyśmy sobie nowe zdjęcia, ciuchy, konsultowałyśmy się w typowo babskich sprawach, ale w pełnym poczuciu jedności, współodczuwania sytuacji. Każdy utracony kilogram był powodem, by się tą wieścią podzielić z dziewczynami i usłyszeć te piękne, tak nam przecież potrzebne, słowa: „gratulacje”, „ale laska”, „jesteś super” itp.

I to nie znaczy, że grupa wsparcia SLO dawała nam za mało. Wszyscy na grupie nas wspierali, kibicowali nam, pytali o samopoczucie, doradzali, podpowiadali. Byli i są z nami. Ale są troszkę inaczej – jedni przed, inni po, ten czas operacji różni się od naszego. Jasne, ich doświadczenie jest dla nas niezmiernie wartościowe, ale jeśli ktoś przeszedł przez to samo dokładnie w ten sam dzień, naturalnym jest w pierwszej kolejności zwrócić się do niego.

Jedna z dziewczyn nazwała kiedyś naszą grupkę „niezniszczalnym trio”. Postanowiłam wykorzystać te słowa, ponieważ właśnie dzięki Paulinie i Julicie dzisiaj czuję się – w pewnym stopniu – niezniszczalna. To razem z nimi, ramię w ramię walczę z własną chorobą, dzielę się emocjami i staram się je wspierać, jak tylko mogę.

Powiem Wam tak – łatwiej jest uwierzyć w wygraną, jeśli obok nas, w tej samej bitwie, tego samego dnia, walczy inny rycerz. Ja miałam szczęście mieć przy sobie dwie „rycerki”, które wraz ze mną wojują z tym samym wrogiem. Dzięki nim dałam sobie szansę na sukces i codziennie o tym pamiętam.

leczotylosc.pl