Otyłość to problem globalny – Pamiętnik pacjenta bariatrycznego – cz.17. Ewa Frankiewicz
6 sierpnia 2025
OTYŁOŚĆ TO PROBLEM GLOBALNY
Nie chcę być świnią i szkalować tu innych narodowości, ale ostatnie miesiące (oraz wcześniejsze doświadczenia podróżnicze) uświadomiły mi, iż poza Japończykami, trudno znaleźć nację będącą raczej chudszą niż grubszą. Wprawdzie w Japonii nie byłam (jeszcze!), ale znam wielu Japończyków, z którymi nawet ostatnio rozmawiam na temat otyłości, co oczywiście w dużym stopniu wynika z faktu, że również zauważyli mój spadek wagi. Oni sami mówią o swoim narodzie, jako o ludziach szczupłych, raczej zdrowych, natomiast – co ciekawe – nie wiążą tego z jakąś restrykcyjną dietą lub ćwiczeniami fizycznymi. Mam zamiar wgłębić się w ten temat, bezczelnie wykorzystując swoich japońskich znajomych, ale jeszcze nie teraz.
Kiedy byłam w Stanach Zjednoczonych, w 2000 roku po raz pierwszy, byłam zaszokowana „wielkością” Amerykanów. Ja byłam gruba już wtedy, ale przy nich wyglądałam niczym filigranowy drobiazg, niegodzien wzmianki. Już w samolocie do Waszyngtonu przeżyłam pierwszy szok kulturowy, gdy uświadomiłam sobie, że facet siedzący w sąsiednim rzędzie foteli musiał wykupić dla siebie dwa miejsca. Wtedy nie mieściło mi się w głowie, że coś takiego w ogóle jest możliwe. Rok później leciałam do Kalifornii, byłam tam przez miesiąc i nie mogłam się nadziwić, że w McDonald`sie pożywiają się osiemdziesięciolatkowie – moja babcia wolałaby się chyba zagłodzić, niż zjeść hamburgera. Ilość przez nich spożywaną pomijam, ale trzy burgery na raz to było minimum. Plus frytki i Coca – Cola koniecznie. Duże! W amerykańskiej stołówce studenckiej najzdrowszym daniem było spaghetti Bolognese, poza tym królowała żywność wysoko przetworzona, w której składników typu E było więcej, niż czegokolwiek innego. Nie było opcji zamówienia herbaty bez cukru, ani też wody mineralnej. Dla mnie było to koszmarem, na amerykańskim wikcie schudłam przez cztery tygodnie 10 kilogramów, bo mi wszystko śmierdziało chemią (nadrobiłam to po powrocie do Polski).
Dzisiaj to samo, co 25 lat temu w Stanach Zjednoczonych, normalne jest również w całej Europie, a zatem i u nas, w Polsce. Dojrzeliśmy do otyłości przez te lata. W codziennej diecie królują fast – foody, cukier, gazowane napoje i fizyczna nieruchawość, czyli płaszczenie tyłka na kanapie, przed telewizorem, ze smartfonem w ręku.
Ja sobie doskonale zdaję sprawę ze zmian, jakie zaszły w życiu społecznym, z tego, iż jesteśmy zapracowani, zabiegani, życie kosztuje coraz większe pieniądze, które jakoś trzeba zarobić, a wszystkie „pińćset plusy” dzieciowe i sztucznoszczękie nie są w stanie wiele pomóc (meneli typu Sebix i Karyna nie liczę, to inna kategoria). Jesteśmy chyba bardziej zmęczeni niż wcześniej, gotowanie nigdy nie było naszą ideologią życiową, psychika nam siada i zajadamy ją słodyczami oraz zapijamy kawą, żeby jakoś funkcjonować w pracy. Po czym wracamy do domu, złachani jak koń po westernie i kupujemy w Stokrotce/Lidlu/Biedronce (audycja zawiera lokowanie produktu) pierogi, tudzież inne, gotowe do podgrzania danie albo mrożoną pizzę – wszystko, byle nie stać przy garach i nie wymyślać kolejnych potraw.
I ja wcale nie jestem inna od reszty ludzi. Dokładnie to samo robiłam. Zdrowe odżywianie było dla mnie totalnym mitem przy powszechnym mobbingu i wyścigu szczurów. Teraz jest mi trochę łatwiej, bo póki co nie pracuję zawodowo (i na szczęście, i niestety), więc mam czas na ugotowanie normalnego posiłku, ale będzie trudniej, gdy wrócę do pracy.
Nie chodzi mi tu jednak o jedzenie, ale o ludzi jako takich. Ludzi wszystkich, dzieci, młodzież, dorosłych, staruszków. Ludzi, wśród których coraz trudniej znaleźć osoby o normalnej wadze. Nie chude, modelingowe szkielety eksponowane przez media (jestem od wielu lat przeciwna nadmiernemu wychudzeniu modelek, niech będą szczupłe, jak najbardziej, ale przy tym zostawmy im kobiecość!!!), tylko osoby szczupłe, które nie stanowią góry twardych mięśni, ale takie, do których miło jest się przytulić. Tymczasem widzę albo panów maksymalnie umięśnionych i wytatuowanych od stóp do głów, albo takich, którym nad paskiem od spodni wystaje mięsień piwny w nadnaturalnym rozroście. Panie podobnie, albo są chude i próżno u nich szukać biustu, czy pupy do poklepania, albo toczą się ulicą jak działa armatnie, podjadając po drodze drożdżówkę. Niedawno ja też należałam do tej ostatniej kategorii. Nie widziałam jednak jak sama wyglądam, dopiero teraz poczułam różnicę (na razie tylko ją czuję, jeszcze jej nie widzę).
No i dzieci oraz młodzież. Na to zwróciłam uwagę już w lutym, gdy wybrałam się do tego słynnego na całą Polskę parku wodnego Suntago. Siedziałam sobie w jacuzzi i miałam doskonały widok na bawiące się dzieci (w tym jedno moje własne). Moje własne dziecko, to młodsze, też ma nadwagę, również źle się odżywia, ale dopiero teraz, po operacji, zaczęłam z tym walczyć i z tym pracować. To jest przeszło 11 lat zaniedbania z mojej strony, do czego się świadomie przyznaję. Mój mąż nigdy nie był fanem zdrowego żywienia, zawsze twierdził, że on nie krowa i trawy jadać nie będzie, jego ulubionym przysmakiem jest boczek i swojska kiełbasa, ewentualnie ziemniaki z kwaśną śmietaną w ilości ¾ dużego opakowania. Ma się za szczupłego, ale o ile faktycznie nogi ma szczupłe, to już brzuch mu nieźle wystaje i przy podskokach mógłby huknąć go w zęby. Syn miał więc z kogo brać zły przykład, bo matka i ojciec w tym zakresie nieźle dali ciała. Jedynie córka, która od maleńkości uwielbiała się ruszać, wiercić, skakać i biegać, trzyma się dzielnie, jest szczupła, wysoka, nie jada mięsa, nadal uprawia sporty i nie bierze z rodziców fatalnego wzorca. Mało tego, bardzo mnie teraz, po operacji, wspiera.
Wracając do tematu. Patrzyłam na te dzieci i z pewną dozą przerażenia zauważyłam, że 90% z nich ma co najmniej nadwagę, jeśli już nie otyłość. Kondycja tych dzieci leżała i kwiczała, bardziej chlapały się w tej wodzie niż pływały, i co chwilę wołały „jeść”. Na co mamusie i babcie leciały do nich z bułeczkami, rogalikami i słodkim soczkiem do popicia. I nie były to dzieci całkiem malutkie, tylko takie na poziomie szkoły podstawowej. Chyba byłam jedną z nielicznych matek, która dała dzieciom śniadanie w domu (w lutym znałam już zasady zdrowego żywienia), na drugie śniadanie zabrałam dla nich jogurt, a na obiad obiecałam im zjedzenie czegoś na miejscu, potem w drodze powrotnej owoce dla chętnych, w domu kolacja i spać. Nie powiem, na miejscu moje dzieci zjadły pizzę, dzieląc się ze mną, więc tak zbyt zdrowo nie było, ale do picia mieliśmy wyłącznie niegazowaną wodę mineralną. I jakoś przeżyły, z głodu nie zdechły, ja również nie.
Powiecie, że teraz łatwo mi mówić, ale wcześniej robiłam to samo, co te matki i babcie. Dokładnie tak, macie rację. Ja dopiero teraz widzę, ile rzeczy, jako rodzic, zrobiłam źle. Jeszcze drugie tyle nadal zrobię źle, bo wciąż się uczę. Ale widzę, że problem otyłych dzieci narasta lawinowo.
Gdy byliśmy niedawno w Alpach, zwróciłam uwagę na młodego chłopaka, Hindusa, który miał 15 lat i ważył 130 kilogramów (rozmawiałam z jego ojcem, gdy razem siedzieliśmy na ławce podczas odpoczynku). Ojciec dosłownie wciągał go pod górę za rękę, młody jęczał i stękał, a w każdej wolnej sekundzie wyciągał smartfona i grał. Zgadaliśmy się z tym ojcem tylko dlatego, że ja mojemu młodemu nie pozwoliłam w czasie odpoczynku na siedzenie w telefonie, musieliśmy zatem rozmawiać ze sobą i ci Hindusi zwrócili na to uwagę. Przyznałam się, że jestem po bariatrii, ten facet się mocno zainteresował tematem, bo u nich cała rodzina ma nadwagę, ale syn już ledwo się rusza. Dlatego właśnie ciągnął go pod tę górę, żeby go zmusić do ruchu. No i dowiedziałam się, że młody chodzi do szkoły w Manchesterze, bo tam mieszkają, ale w szkole jest nacisk na rozwój intelektualny, ćwiczeń fizycznych prawie nie ma, jedzenie w stołówce szkolnej też przetworzone chemicznie, a dzieci otyłych coraz więcej.
Wśród dzieci niemieckich i austriackich również sporo było takich, które mają zdecydowanie nadmiar kilogramów, wielu rodzicom też nic nie brakowało. Jako przekąski na drogę występowały chipsy, paluszki, krakersy, czekoladki, batoniki i koniecznie gazowane napoje. Mało kto miał wodę.
Kiedyś zachowałabym się dokładnie tak samo. Dzisiaj zaczynam już trochę używać tego magicznego narzędzia zwanego mózgiem i zmieniam zasady odżywiania w mojej rodzinie (męża chwilowo zmienić nie mogę, ale jest dorosły), powoli, stopniowo, z różnym skutkiem. Nie powiem, że mój syn jest tym zachwycony, ale na razie mam jeszcze szansę go w pewien sposób „zmusić” i przekonać do pewnych rzeczy. Gdybym się za to wzięła za kilka lat, mogłabym się najwyżej ugryźć w tyłek.
To, co 25 lat temu było normą tylko w USA, dzisiaj jest normą również u nas. Problem otyłości narasta lawinowo, podobnie jak nadużywanie smartfonów i wszechobecna nieruchawość. Nie mówię tu o młodych chłopakach – pasjonatach, którzy zamiast czekolady jedzą biały ser i katują swoje ciała na siłowni, ale mówimy wprost, ćwiczy i rusza się coraz mniej ludzi. W szkołach na lekcjach wuefu nauczyciel nakazuje uczniom grać w koszykówkę, siatkówkę lub piłkę nożną, po czym ma absolutnie w nosie, co tak naprawdę uczniowie na tej lekcji robią (nie twierdzę, że wszyscy nauczyciele tak postępują, ale znakomita większość). Długo zastanawiałam się z czego to wynika i odnoszę wrażenie, że z postawy rodziców i samych uczniów. Załóżmy, iż do takiego wuefisty przychodzi upiorna mamusia o wylakierowanej koafiurze i krzyczy na całe gardło, że jej synek w klasie piątej jest biedny, wymęczony szkołą i w ogóle słaby, i nie wolno go przeforsować, a w ogóle niech ów nauczyciel pamięta, że można zawsze złożyć na niego skargę do kuratorium. Naprawdę trudno się dziwić, iż znękany belfer woli się nie narażać na aferę. Drugą stroną medalu jest całkowity brak możliwości reakcji nauczyciela wobec opornego ucznia – ten ostatni może wspomnianemu wuefiście nawymyślać od ostatnich, powiedzieć: „nie będę ćwiczyć i co mi pan/pani zrobi?”, zaraz zadzwonię do taty, on jest prawnikiem i wtedy zobaczymy. I my się dziwimy, że w szkole dzieci nie są zachęcane do sportu? Na dodatek, jeśli jakiekolwiek dziecko biega po korytarzu podczas przerwy, natychmiast dostaje uwagę negatywną za to bieganie i ma zapewniony telefon do rodziców. To jest obłęd, nad którym nikt nie jest w stanie zapanować!
My, dorośli, chorujący na otyłość, również nie zauważamy wielu rzeczy, sami nie jesteśmy w stanie ocenić, jak bardzo jesteśmy wyalienowani ze środowiska społecznego, jak bardzo nadprogramowe kilogramy utrudniają nam codzienne funkcjonowanie. Ja dopiero teraz widzę, jak wiele miałam wcześniej wymówek, żeby czegoś nie zrobić, nie spróbować, nawet nie podjąć próby działania. Do dzisiaj mam problem z nawiązywaniem kontaktów z ludźmi, z załatwianiem spraw urzędowych, z zadzwonieniem do kogokolwiek. Wciąż w głowie siedzi mi myśl: „boję się, nie chcę, co ludzie o mnie pomyślą/powiedzą?”. Pracuję nad tym, ale na razie jest to orka na ugorze. Może za jakieś 25 kilogramów zdołam się przełamać.
Wiem jedno. Tylko my sami możemy próbować walczyć z narastającym problemem otyłości. To oznacza dzielenie się wiedzą, osobistymi przeżyciami, przemianami, jakie w nas zachodzą po operacji. To też wdrażanie zdrowych nawyków w całej naszej rodzinie. Łatwo nie będzie, to pewne. Ale jeśli choć jednej osobie zdołamy w ten sposób pomóc – ma to sens.