Pamiętnik pacjenta bariatrycznego – Ewa Frankiewicz
Pani Ewa, pacjentka bariatryczna operowana i przygotowywana w naszym zespole postanowiła podzielić się swoimi odczuciami z przygotowań i czasów po zabiegu. Postanowiliśmy wspólnie poprowadzić to w formie bloga. Liczymy, że się spodoba. Dziś odcinek pierwszy.
12czerwca 2025
NAJTRUDNIEJ UCZCIWIE SPOJRZEĆ W LUSTRO
Dziś mija równo 6 tygodni od mojej operacji gastric bypass. Jest mnie mniej o 13 kilogramów. W sumie, od pierwszej wizyty u Pana Doktora Bartka i zmiany nawyków żywieniowych dzięki pomocy Pani Dietetyk Agnieszki – o 19 kilogramów mniej. Coś, co przez lata było dla mnie nieosiągalne, dzisiaj jest już rzeczywistością, w którą powoli zaczynam wierzyć. Po raz pierwszy od kilkunastu lat mam nadzieję – nie na to, że będę chuda, nie na to, że zostanę modelką, ale na to, że przeżyję kilka lat dłużej bez zawału, wylewu i z chęcią na spędzanie czasu z własnymi dziećmi. To jest refleksja po 6 tygodniach nowej mnie.
Otyłość to choroba, z którą coraz więcej ludzi na świecie ma do czynienia. Ja też choruję na otyłość. Ale zrozumienie tego zajęło mi co najmniej 20 lat. A może nawet więcej, bo przecież za dużo mnie było przez niemal całe moje życie.
No właśnie, całe życie. Niemal 45 lat otyłości, co nie zmienia faktu, że mentalnie zatrzymałam się na dwudziestym roku życia i tak już zostanie co najmniej do osiemdziesiątki. Jednakże właśnie ta „umysłowa młodość” – zdrajczyni jedna! – pozwoliła mi przez lata oszukiwać samą siebie, udawać przed światem całkowitą akceptację swojego ciała, a tylko gdzieś w środku – bardzo nieśmiało i cichutko – pobekiwała smętnie świadomość pewnego kłamstwa i to szytego grubymi nićmi. Co najmniej o przekroju liny okrętowej…
Człowiek, który przez większość życia zmaga się z nadmiarem kilogramów, w pewnym sensie się do nich przyzwyczaja. Stopniowo (w moim przypadku już na etapie liceum) zaczyna unikać aktywności fizycznej, ponieważ nie nadąża za rówieśnikami, którzy „robią” lepsze wyniki. Na studiach wmawia sobie, że najważniejsza jest nauka, przy czym warto zauważyć, iż 99% studentów uczy się 2 razy w roku – w okresie zimowej i letniej sesji egzaminacyjnej. Pozostały czas to raczej imprezy i pogaduszki przy piwku – jakże wysoko kalorycznym! – zagryzanym chipsami i paluszkami w dużych ilościach. Ale wyższość nauki nad sportem u osób z nadwagą/otyłością pozostaje sztandarowym hasłem, napisanym podświetlonymi literami.
Właśnie dlatego w momencie ukończenia studiów, miałam na plusie co najmniej 20 kilogramów. Potem poszłam do pracy i zaczęły się wymówki typu: „nie mam czasu na śniadanie, muszę być wcześniej”, w trakcie zaś krótkich przerw między zajęciami i lekcjami (pracowałam w szkole oraz na uczelni) w pośpiechu połykałam kupioną w sklepiku drożdżówkę lub pączka. Po powrocie do domu pożerałam (bo nie zjadałam!) dwudaniowy obiad, zakąszałam deserem, a dwie lub trzy godziny później zabierałam się do stopniowego opróżniania lodówki i szafek kuchennych z wszelkich przekąsek i słodyczy (których nigdy w domu nie brakowało). Usprawiedliwiałam to koniecznością długiego, nocnego siedzenia nad klasówkami i testami. Zresztą… każda wymówka była dobra, byle się najeść po uszy. Nażreć, po prostu.
Po urodzeniu dzieci popadłam w błędne koło – dojadanie po nich, próbowanie gotowanych dla nich posiłków, wyprawy na lody, pizzę i do McDonald`sa – ot, niekończąca się opowieść. Tylko jakoś tak stopniowo przestawałam z dziećmi chodzić na rower, na łyżwy, na basen, a w sobotę i niedzielę wolałam poleżeć, niż wybrać się z nimi do kina lub na zwykły spacer. Jakby w domu nie było psów, to pewnie nie wyszłabym nawet na świeże powietrze.
Kiedy nieco przekroczyłam cezurę czterdziestki, widziałam po sobie i przede wszystkim po spojrzeniach ludzi, że mam problem z nadwagą. Celowo nie nazywałam tego otyłością, bo to pojęcie jest jakieś takie… nieodwracalne, a przecież ja miałam tylko „kilkanaście” kilogramów za dużo. Przecież nie byłam jeszcze „potworem” z amerykańskich seriali dokumentalnych na TLC. Tyle tylko, że coraz bardziej nie lubiłam oglądać siebie na zdjęciach, nie znosiłam, gdy ktoś nagrywał filmiki z moim udziałem i niechętnie pokazywałam światu zdjęcia z wakacji.
Nikt, kto mnie dobrze znał, nie przypuszczałby, że mogę mieć jakikolwiek problem z samoakceptacją. Nie przyznałam się do tego nawet przed sobą. Ale… po cichu, nocami, kiedy nikt nie mógł mi spojrzeć w ekran komputera za plecami, poszukiwałam informacji o operacjach zmniejszenia żołądka. Nazywało się to „dla wiedzy”, „z ciekawości”, „z chęci orientacji w kosztach” – opcja za każdym razem była inna. Natychmiast po przeczytaniu informacji kasowałam historię przeglądania. Nikt nie miał nawet prawa podejrzewać, że ze mną jest coś „nie tak”.
Właśnie na jakiejś grupie bariatrycznej na Facebooku znalazła mnie dawna koleżanka z podstawówki. Nie widziałyśmy się przeszło dwadzieścia lat, miałyśmy się w znajomych, ale kontaktu nie było. To właśnie ona zadzwoniła do mnie, że siedzi w tym temacie już kilka lat, że jest w trakcie przygotowań do operacji u doktora Bartka ze Szpitala Wojskowego, że muszę wziąć skierowanie z kodem E.66, że nasza wspólna doktor rodzinna na pewno wypisze mi je bez problemu, bo jej też wypisała, że trzeba koniecznie zrobić gastroskopię i pójść do pani dietetyk. W ciągu 10 minut rozmowy usłyszałam więcej i dokładniej, niż przez poprzednie 3 lata. I to właśnie jej jako pierwszej przyznałam się, że jest mi źle z moim wyglądem i samopoczuciem. To ona uświadomiła mi, że otyłość jest chorobą, że hasło „mniej żreć” nie zawsze się sprawdza. Dostałam od niej wiele wsparcia i motywacji, tak wiele, że dwa tygodnie później zapisałam się na wizytę do doktora Bartka. I ruszyła machina…
Dzień po rozmowie z dawną koleżanką, po raz pierwszy od lat stanęłam w bieliźnie przed lustrem. Stałam z pół godziny, patrząc na siebie i coraz bardziej widząc… potwora z TLC… Grubego, w wałkami tłuszczu wszędzie. Przez te 30 minut zachodziła we mnie – po raz pierwszy w życiu – świadoma przemiana. Właśnie wówczas, także po raz pierwszy, powiedziałam sobie: „jesteś otyła”. Nie gruba, nie przy kości, nie przyokrągława ani puszysta. Otyła! Słowo, którego z powodzeniem unikałam przez tyle lat, nagle wybrzmiało z siłą wodospadu Niagara. Otyłość. Otyłość, która dotyczy również mnie. I wszystkim mogę szczerze powiedzieć, że ów otyłościowy striptiz przed lustrem był najtrudniejszym zadaniem, z jakim przyszło mi się w życiu zmierzyć.
Dzisiaj, 6 tygodni po operacji, dopiero nieśmiało zaczynam wierzyć w swoją szansę na przemianę. Na nowe, chudsze, zdrowsze życie. Ale to naprawdę jest na razie bardzo nieśmiała nadzieja. Teraz już patrzę w lustro świadomie. Widzę efekty operacji, ciuchy mam rozmiar mniejsze, pilnuję nawyków, które w pocie czoła wypracowałam podczas 7 miesięcy przygotowań do operacji. I nie, nie powiem: „było łatwo”. Mogę jedynie powiedzieć: „było warto”.
P.S. Ów „potwór z TLC” to nie jest w moim rozumieniu obrzydliwie wyglądający człowiek. To jest osoba głęboko cierpiąca z powodu chorowania na otyłość. I piętnowana przez większość społeczeństwa, często też przez bliskich oraz przez… niektórych lekarzy. Chcę to powiedzieć otwarcie, żeby nie było żadnych wątpliwości.
Ewa Frankiewicz