Paw ozdobny – Pamiętnik pacjenta bariatrycznego cz.6. Ewa Frankiewicz
26 czerwca 2025
PAW OZDOBNY
Ja wiem, że paw sam w sobie to urocze zwierzątko, a jak swój ogon rozłoży, człowiek staje z rozdziawioną gębą i się ordynarnie gapi. Dziś jednak mam na myśli innego pawia, który również bywa bardzo ozdobny i intensywny kolorystycznie, niemniej jednak dla osób wrażliwych węchowo i wizualnie jest trudny do wytrzymania. Mam tu na myśli oczywiście romans z porcelaną, czyli czułe zwierzenia zwrotne w kierunku sedesu.
Skąd taki obrzydliwy temat mi się wziął, zapytacie? Ano, dlatego, iż operacja bariatryczna wiąże się niekiedy z puszczaniem pawia i warto wiedzieć, że nie tylko my sami możemy mieć ten problem.
Z całą pewnością każdy z nas doświadczył kiedyś wymiotów – czy to z powodu przepicia, zatrucia, kaca, ciąży (no dobra, panowie w tej ostatniej kwestii są wykluczeni, swoje zrobili wcześniej). Mają one różne nasilenie, różną długość, różną intensywność. Łączy je jedno – są w stanie wykończyć człowieka w ciągu kilkunastu minut.
Jako kobieta mogę śmiało powiedzieć, że ten kto powiedział, iż ciąża jest stanem błogosławionym, z całą pewnością był facetem i to niespełna rozumu! Już mój mąż doskonale wie, ile razy go „błogosławiłam”, gdy wtulona w czułe objęcia muszli klozetowej wywalałam z siebie wszystko, cokolwiek zjadłam albo nawet tylko powąchałam. Przez pierwsze cztery miesiące ciąży wyglądało to mniej więcej tak: sąsiadka smaży schabowe przy otwartym oknie, ja wiszę nad kiblem; sąsiad robi grilla, ja wiszę nad kiblem; mój mąż uperfumował się przed wyjściem do pracy, ja znowu wiszę nad kiblem. Moja mamusia przyniosła do domu wiąchę koperku (podobno dobry na poranne mdłości), a ja, zanim na nią nawrzeszczałam, już wisiałam nad kiblem. Teściowa przekroiła w mojej obecności cebulę, ja ze łzami w oczach i szczerą nienawiścią, wisiałam nad kiblem. Można śmiało powiedzieć, że wiszenie nad kiblem było regularne, długotrwałe, wybitnie intensywne i zdecydowanie wykańczające.
Zapytacie, cóż ma wspólnego bariatria z ciążą? No, szczerze mówiąc, niewiele. Podczas ciąży brzuch rośnie, po bariatrii maleje, jednak jedna rzecz pozostaje zdecydowanie wspólna – trzeba uważać na to, co się je, ile i w jakiej konsystencji.
Co zatem jadłam po operacji bariatrycznej? Jadłam płyny, tylko i wyłącznie. I proszę mi tu nie truć szczegółów gramatycznie niepoprawnych, wiem, że to brzmi cokolwiek nie po polsku, ale tak było. Po operacji je się płyny.
Zaczynałam od tak zwanych Nutridrinków. W szpitalu zaproponowali mi truskawkowy, waniliowy lub czekoladowy. Nie wiedząc na co się decyduję, wybrałam smak truskawkowy, nie przepadam bowiem za wanilią, a czekolady unikam świadomie (i z boleścią w sercu). Kazano mi wypić jeden do południa i drugi do wieczora. Otworzyłam ten pierwszy i, jak rasowy pies myśliwski, powąchałam zawartość. Pachniało truskawkami nieco rozbełtanymi z mlekiem, spróbowałam zatem, przełknęłam pierwszy łyk i włos zjeżył mi się na głowie, a oczy miałam wielkie niczym królewskie talerze obiadowe. Moja twarz przybrała wdzięczną barwę wiosennej zieleni, paszczęka wykrzywiła mi się w cztery strony świata, a świeżo zmniejszony żołądek wykręcił profesjonalną ósemkę. Przez ułamek sekundy zastanowiłam się, czy będę tylko pluć, czy jednak powinnam zawlec się do toalety (określenie „biegiem” w 14 godzin po operacji nie wchodziło w rachubę). Haftować na pościel nie wypadało. No cóż, nie pozostało nic innego, jak wziąć się w garść, otrząsnąć ze wstrętem i męczyć ów medyczny wytwór żywnościowy. Wypiłam 3 łyki, ponieważ kazali i poczułam się zapchana po kapelusz. Oczywiście było mi z lekka niedobrze, ale twardo zaparłam się, że rzygać nie będę. Nie i już!
Do wieczora wymęczyłam prawie jeden cały Nutridrink, na drugi nawet nie spojrzałam, nadal mnie mdliło, w ogóle nie czułam głodu, ale nawet gdybym była głodna jak niedźwiedzica po zimowym śnie, drugiego nie wypiłabym nawet, gdyby ktoś mi dopłacił. Brrr!
Na drugi dzień było już dużo lepiej, ponieważ dostałam przecieraną zupkę z kurczaczka, która smakowała co najmniej jak ambrozja greckich bogów. Miałam wypić ¼ filiżanki na śniadanie, a ta porcja wystarczyła mi jeszcze na obiad i kolację. Wieczorem wyszłam do domu i zaraz na wejściu moja mamusia z uśmiechem uraczyła mnie informacją, że zamówiła w aptece 4 Nutridrinki. Tym samym moja radość z powrotu do domu nieco sklęsła, zażyczyłam sobie czerwony barszczyk i jogurt naturalny na poprawę humoru. Jogurt wchodził bez problemu, ale po trzecim dniu picia barszczyku mdliło mnie na jego widok potężnie, na sam widok filiżanki mój nowy żołądek kręcił się wokół własnej osi.
Mówi się trudno, niech będzie rosołek tym razem. Na rosołku i jogurcie wytrzymałam dwa dni, po czym na sam widok tego pierwszego, wołałam o miskę pod pysk. Wymyśliłam krupniczek, ale miska była potrzebna już po pierwszej łyżce. Cukier miałam na poziomie poniżej skarpetek, słaniałam się na nogach z osłabienia, ale żyłam jogurtem. I Lactulosą, ponieważ miałam straszliwy problem z pójściem do toalety na przysłowiową dwójkę, chodziłam i smrodziłam, ale innych efektów nie było.
To właśnie stało się przyczyną moich mdłości – zaparcie. Byłam tak wypchana w środku, że górą już nic nie mogłam zmieścić i cofało mi się wszystko, co zdołałam w siebie wmusić. Gdy po 6 dniach Lactulosa ruszyła śmierdzący temat, było zdecydowanie lepiej. Mój mąż jednak stwierdził, iż spanie obok mnie jest ryzykowne i ma paskudną atmosferę…
Drugi tydzień był łatwiejszy, wchodził barszczyk, rosołek, krupniczek, zupka pomidorowa, było idealnie do momentu, gdy nie spróbowałam niemowlęcego słoiczka typu marchewka z ziemniaczkami. Nie mam pojęcia, jakim cudem dzieci to jedzą, ja pokłusowałam do łazienki w tempie nienaturalnie przyspieszonym zwrotnym. Co ciekawe, nie wymiotowałam, ale było mi niedobrze. Męczyłam się jak dziki osioł. Słoiczki niemowlęce won!
Trzeci tydzień był próbą zjedzenia jajka na miękko. Przez dwa dni wchodziło elegancko, trzeciego dnia sam zapach wywołał przyspieszony kurs do toalety. Bez zwrotów, ale męcząco. Miałam dosyć zmiksowanego kurczaka, papki warzywnej, właśnie jajek, zupek i wszystkiego. Jadłam jogurt, który mi smakował, na wszystko inne miałam odruch wymiotny.
Żeby było najbardziej śmiesznie, w czwartym tygodniu jedzenie wchodziło już bez problemu, ale puściłam ozdobnego pawia po wodzie. Po prostu człowiek jest głupi i bezmyślny – jak durne krówsko (przepraszam w tym momencie wszystkie krówki, stworzonka rogate i łagodne) wzięłam 3 potężne łyki wody świeżo po posiłku. Myślałam w pewnym momencie, że wypluję z siebie własny mózg.
Te cztery tygodnie były niezłą nauką dla mnie. Nigdy nie byłam fanką zup, ani tym bardziej papek, a tu trzeba sobie było radzić i jeść. Nie mieściła mi się woda, walczyłam, żeby wlać w siebie 0.7 litra. Ratował sytuację kompot jabłkowy, ale do 1.5 litra płynów nie dobijałam. Wylewało mi się uszami. Jeśli wzięłam o jedną łyżeczkę lub jeden łyk za dużo – lądowałam z głową w muszli i wcale nie słyszałam szumu fal…
Ja przyznaję wprost – ze mną mój organizm obszedł się po operacji wyjątkowo łagodnie – nie nękały mnie wściekłe wymioty po każdym posiłku, nudności – choć męczące – nie trwały jakoś wybitnie długo, mój nowy żołądek uznał najwyraźniej, że potrafi się ze mną dogadać. Ale mam świadomość, iż wiele osób męczy się o wiele bardziej niż ja. Tyle tylko, że ten stan mija dość szybko, z dnia na dzień jest coraz lepiej. Bałam się tego, co będzie PO operacji. A teraz, po dwóch miesiącach mogę z czystym sumieniem powiedzieć – nie było warto się bać. W ciąży było gorzej.