Pyzy, kluseczki, pączusie. Pamiętnik Pacjenta Bariatrycznego – cz.25. Ewa Frankiewicz
20 sierpnia 2025
PYZY, KLUSECZKI, PĄCZUSIE
Nie mam zamiaru robić tu przeglądu zawartości lodówki sklepu spożywczego i lady cukierniczej, wręcz przeciwnie. Chcę się z Wami podzielić tym, co dzisiaj niemal mnie oślepiło a w efekcie doznałam pewnego olśnienia intelektualnego, z którym sama jeszcze nie wiem, co zrobić.
Jestem właśnie w Łańcucie u cioci. Jest tu przepiękny kryty basen, znajdujący się o 5 minut drogi piechotą od jej domu. Korzystałam z niego wielokrotnie, wcześniej z konieczności (bo dzieci chciały), dzisiaj dla przyjemności (bo chcą dzieci oraz ja). Nie jest drogo, w wakacje nie ma tłumów, a obsługa jest szalenie sympatyczna, od pań w kasie, poprzez panie sprzątające, aż po ratowników i trenerów. Akurat zakończyła się coroczna przerwa technologiczna, zatem woda jest czyściutka i pływa się świetnie.
Oczywiście nie było opcji, by pominąć basen w naszym dzisiejszym planie dnia. Poszłam z dzieciakami wyjątkowo późno, po 18.00 i na pływalni było dużo ludzi. Rodzice z dziećmi, sporo samotnych dorosłych, dość dużo młodzieży 16+. Bardzo rzadko przychodzimy o tej porze, ponieważ w tym czasie odbywa się wiele prywatnych lekcji i na torach pływackich jest tłok. Tym razem tak nam jakoś wyszło.
Muszę się Wam w tym momencie przyznać, że od czasu własnej operacji zrobiłam się ostatnim chamem i bucem, ponieważ zaczęłam przyglądać się ludziom. Nie robię tego ordynarnie i bezczelnie, nie wgapiam się w kogoś niczym sroka w wylizany do czysta gnat, ale obserwuję. Kątem oka, uśmiechając się do ludzi (wcześniej – jak wiecie – chowałam się przed nimi i nie zaczynałam rozmów), zdarza mi się zagadywać o wszystkim i o niczym. Zaczęło mnie fascynować zachowanie ludzi, przy czym owo zachowanie jest niejako dwutorowe – istnieje grupa ludzi pewnych siebie, głośnych, często chamskich, przekonanych, że świat należy do nich a inni są po to, by im oddawać hołd. Drugą grupą są ludzie wycofani, nieśmiali, zajęci sobą i osobistym potomstwem, ukrywający się przed światem i towarzystwem ludzkim. W tej drugiej grupie są osoby otyłe, chore, zmagające się z zaburzeniami własnego dziecka typu spektrum autyzmu, bądź inna niepełnosprawność, często noszące okulary, aparaty ortodontyczne a nawet protezy piersi. W domyśle grupy pierwszej – tak zwani inni. Inaczej funkcjonujący, wyglądający, czujący.
Dzisiaj miałam świetne pole obserwacyjne na jednych i drugich. Siedziałam akurat w jacuzzi, gdy przyszedł mały, na oko może cztero – lub pięcioletni chłopczyk, w towarzystwie mamy. Nie odzywał się do nas, ale rozrabiał w tej balii jak pijany zajączek. W pewnym momencie uśmiechnęłam się do tego dzieciaka, a on natychmiast usiadł mi na kolana i zaczął się przytulać, domagając się całusów. Jego mama o mało nie zemdlała, zaczęła mnie przepraszać, tłumaczyła, że synek ma autyzm, nie mówi, ale lubi ludzi, którzy się uśmiechają. Oczywiście uspokoiłam ją, bo chłopczyk był uroczy i sympatyczny, nie przeszkadzał mi, niech sobie siedzi na tych moich kolanach i się przytula. Mogę go nawet pocałować w czuprynkę. I wtedy właśnie usłyszałam od jego mamy cholernie bolesną historię, jak bardzo ludzie ją hejtują za zachowanie dziecka, jak inni rodzice zabierają swoje pociechy na jego widok, jakie awantury urządzają. Kobieta usłyszała nawet kiedyś zdanie, że takie dzieci powinno się trzymać na łańcuchu. Ja bym pewnie takiemu w mordę dała od razu, ale to teraz, kiedyś… pewnie też dałabym się zastraszyć.
W tym właśnie momencie przeszło obok nas dwóch facetów, takich około trzydziestki. I jeden do drugiego powiedział: „ty, patrz, ten bachor zachowuje się jak zwierzak, pewnie autystyk”. Pół hali basenowej to usłyszało. Mama chłopczyka zaczerwieniła się i rozpłakała, połowa obecnych ludzi zaczęła się śmiać. Mnie jednak trafiło coś, co w dawnych czasach nazywano chyba apopleksją – wyparowałam z tej balii, podeszłam do gości i tego wyszczekanego złapałam za kudły (łatwo mi przyszło, bo był wzrostu siedzącego psa). Od razu się przyznam – żeby nikt nie mógł mnie szantażować – wypowiedziałam pod jego adresem całą listę słów uznawanych za obraźliwe i wulgarne, ale przede wszystkim pojechałam mu – po chamsku, wiem – po wyglądzie. W tym sensie, że sam wygląda jak wygląda, zachowuje się jak zachowuje, zatem nie ma prawa oceniać nikogo innego. Starałam się być w miarę dyplomatyczna, ale ta dyplomacja chyba wyszła mi jak słowicze pienia z surmy bojowej. Facet zmiękł z lekka, na widok zbliżającego się ratownika (postury Pudziana) wymamrotał w kierunku pani coś, co chyba miało brzmieć jak przeprosiny i poszedł sobie z podkulonym ogonem. Panowie ratownicy zaczęli mi bić brawo, ale dla mnie najważniejsze było to, że stanęłam w obronie tej kobiety i jej syna.
Ona potem podziękowała mi i szybko sobie poszła, ja zaczęłam pływać, ale z wściekłą zajadłością zaczęłam ponownie obserwować ludzi. Usiłowałam dociec, co takiego mają w sobie te osoby, które tak bardzo nie akceptują inności? Czy może są piękni? Super inteligentni? Ekstra bogaci? Powiem tak – piękni specjalnie nie byli, inteligencji zakładam, że próżno u nich szukać, bo nikt mądry nie prześladuje innych, bogactwa po czepkach, kąpielówkach i okularkach raczej też nie widać. Co zatem mają w sobie takiego, żeby się tak zachowywać, kto dał im poczucie wyższości i dlaczego?! W większości byli to ludzie młodzi, w przedziale 18 – 35 lat, grupowo naśmiewali się chętniej niż w pojedynkę, ale i tych pojedynczych nie brakowało. Łączyło ich jedno – niemal wszyscy mieli nadwagę. Niektórzy nawet otyłość. Panienki miały na sobie mocno obcisłe kostiumy kąpielowe, czasami sznurkowe bikini, gdzie sznurki ginęły w tłuszczyku, panowie mocno przylegające, elastyczne kąpielówki, nad którymi wisiały im fałdy sadełka.
Oczywiście, owo naśmiewanie się z innych dotyczyło również młodego chłopaka, który nie był w stanie samodzielnie wyjść z basenu, ponieważ miał kolano usztywnione i potrzebował pomocy, dotyczyło też kobiety w średnim wieku, która miała bardzo grube szkła okularów i gdy ktoś je jej zachlapał wodą, nie widziała wyjścia z basenu, a także małej dziewczynki, która na basen przyszła z psem asystującym, ponieważ choruje na zaawansowaną chorobę kręgosłupa a w jej wyniku miewa ataki padaczki.
Sama wiem, jak bardzo otyłość wyklucza społecznie. Czy to znaczy, że ci ludzie czują się dobrze w społeczeństwie im podobnym i mają satysfakcję z dokuczania innym? Chociaż sami mają problem z wagą? Wielu z nich nosiło okulary i aparaty na zębach. Dlaczego zatem wyszydzali innych?
Mam wrażenie, że na to jest trudno odpowiedzieć, ale albo nie czują się źle ze swoją wagą, okularami i aparatem, bo jeszcze nikt ich samych nie wyśmiał, albo chcą się poczuć jak królowie świata, żeby zapomnieć o własnym problemie. Wkurza mnie to ogromnie, nie znoszę ludzi nietolerancyjnych, którzy swoim zachowaniem usiłują zagłuszyć własne problemy. W ogóle nie znoszę nietolerancji.
Ale tak naprawdę w tym wszystkim jest jeszcze jedna kwestia. Właśnie nadwaga. Otyłość. Okulary i aparaty ortodontyczne mniej się rzucają w oczy. Osób niepełnosprawnych ruchowo jest, w ciągu tej godziny na pływalni, stosunkowo niewiele. Ale tych z nadprogramowymi kilogramami – większość.
Gdy tak obserwowałam ludzi, w pewnym momencie dotarło do mnie, że w każdej grupie – i tej hejtującej, i tej hejtowanej, większość ludzi ma nadwagę. Ich sprawność fizyczna jest bardzo różna, widać, że niektórzy regularnie chodzą na basen, są sprawni w pływaniu, poruszają się w wodzie dość szybko i ogarniają temat różnych stylów pływackich. Byli też tacy „niedzielni pływacy” – powolni, szybko się męczący, wchodzący do basenu po drabince jak po rozżarzonym żelazie. Całe rodziny cierpią na nadwagę. Super, że przychodzą na ten basen, że znajdują na to czas, że są z dziećmi, ale widać bardzo wyraźnie, jak podążamy – jako społeczeństwo – po równi pochyłej. I mam wrażenie, jakby większość z tych ludzi nie tylko nie widziała swojego problemu (jestem pewna, że go widzą, ale sądzę, iż usiłują nie zauważać), ale przede wszystkim nie miała pojęcia, co można z tym zrobić i w jaki sposób, do kogo zwrócić się po pomoc.
W trakcie naszego pobytu odbywało się pięć prywatnych lekcji pływania. Z podziwem patrzyłam na instruktorów, którzy wszelkimi sposobami próbowali zachęcić swoich małych klientów do większej aktywności, ale też przyglądałam się dzieciom (poziom szkoły podstawowej), które w tej wodzie pływają niechętnie, opornie, nie słuchają poleceń trenera, marudzą o zmęczeniu, braku siły i tym, że „mama kazała, a ja wcale nie chcę”. Zrozumiałam wtedy, jakie mam szczęście – mój syn, mimo nadwagi, słucha poleceń i wykonuje wszystkie zadania, które poleca mu instruktor. Potem, po pływaniu, do mnie narzeka na zmęczenie, ale w trakcie lekcji działa na maksimum. Bo od małego był uczony, że to, co powie nauczyciel, ma być wykonane bez dyskusji. Oby mu to zostało.
Możecie się ze mnie śmiać, że popadam w paranoję otyłościową, że wszędzie widzę dzieci, młodzież i dorosłych z nadwagą. Mnie jednak to gdzieś w środku boli, bo domyślam się, że każdy dotknięty otyłością, czy jest dzieckiem, młodziakiem, czy dorosłym, cierpi już albo będzie cierpiał z tego powodu, z braku akceptacji i trudności wynikających z własnych ograniczeń. Na dodatek większość tych osób będzie miała problem przez całe życie, zwłaszcza w małych miejscowościach (szczególnie na ścianie wschodniej), gdzie króluje hasło: „mniej żreć”, a „operacja to głupota, bo w polu trza robić”. Osoby chore na otyłość będą ukrywać się psychicznie przed światem, nie mając odwagi zawalczyć o siebie, nie wierząc w sukces i obawiając się reakcji najbliższych.
Wiecie, ja teraz wpadłam w etap, że naprawdę chciałabym tym ludziom pomóc. Kiedy sama straciłam 27 kilogramów (i mam nadzieję na więcej), ponieważ ktoś pomógł mnie, pokierował we właściwą stronę, chciałabym owo dobro oddać innym. Może to walka z wiatrakami, może rzucam się z motyką na słońce, a może jestem beznadziejną idealistką, ale my, osoby chore na otyłość, doskonale wiemy, jak to jest. A jest bardzo ciężko, nie tylko fizycznie, lecz przede wszystkim psychicznie.
Gdyby mnie nie pomogła najpierw koleżanka, a potem nasz Pan Doktor i Pani Agnieszka, nadal tkwiłabym w matni, chowając się przed światem niczym żółw w skorupie. Depresja zjadałaby mnie i oblizywała się ze smakiem a ja miałabym poczucie totalnej beznadziejności świata i życia. Życia, którym nie chciałam i nie umiałam się cieszyć.
Ja doskonale rozumiem, jak wiele jeszcze walki przede mną. Zdaję sobie sprawę, że w każdej chwili może przyjść kryzys psychiki a w konsekwencji żarcia. To walka na całe życie. Ale mnie ktoś dał szansę na zdrowie, na wydłużenie owego życia. Chciałabym dać taką szansę tym, którzy w normalnych warunkach jej nie mają.
Zrozumiałam – nareszcie, po tylu latach – że z otyłych dzieci wyrastają otyli dorośli. To są ludzie, którzy całe życie doświadczają bycia pyzą, kluseczką lub pączusiem, a z czasem dochodzą do spaślaka, potwora i tłuściocha. My tych ludzi widzimy codziennie – na ulicy, w szkole, na basenie i na wakacjach. My też jesteśmy tymi ludźmi, nawet jeśli u nas już po operacji. My ich potrafimy „współodczuwać”.
Jeszcze nie wiem, co z tym wszystkim zrobić, jak wyjść do ludzi, bo przecież nie wypada każdej napotkanej osobie z nadwagą opowiadać o sobie i możliwościach bariatrycznych. Resztki kultury powinniśmy zachować, przynajmniej tak to czuję. Ale jeśli sama jestem na dobrej drodze do tego, by nadwaga nie skróciła mi życia, chciałabym – z pomocą innych – zostać dorożkarzem dla tych, którzy jeszcze krążą po meandrach otyłości. Podzielić się tym dobrem, którego doświadczyłam.