Pamiętnik

Rozmieniłam setkę. Pamiętnik pacjenta bariatrycznego cz.15. Ewa Frankiewicz


3 sierpnia 2025

ROZMIENIŁAM SETKĘ

Od co najmniej 20 lat moja waga była trzycyfrowa. Już wychodząc za mąż 21 lat temu ważyłam 97 kilogramów. Później dobrobyt małżeński sprawił, że kolejne nadwyżki kilogramów były tylko kwestią czasu. Gdy pod koniec września ubiegłego roku stanęłam na wadze podczas pierwszej wizyty u Pana Doktora, pokazała ona 122 kilo. Przy wzroście 164 cm.

Ja sama siebie – przed wizytą – nie widziałam jako potwora. Po wizycie – zdecydowanie tak. I wcale nie dlatego, żeby Doktor mnie tak określił, absolutnie nie! Wtedy po prostu po raz pierwszy zrozumiałam, iż to, co widziałam w lustrze od kilkunastu lat, jest prawdą i muszę wreszcie przestać temu zaprzeczać. Bardzo szybko też miałam pierwszą wizytę u Pani Agnieszki, dokładnie tydzień później. Chyba to właśnie umocniło mnie w postanowieniu, by o siebie zawalczyć. Gdybym na tę dietetyczną wizytę musiała czekać dłużej, nie wiem, co byłoby dzisiaj. Może nie byłoby nic strasznego, ale obstawiam, że na wadze sięgnęłabym co najmniej 130 kilogramów.

Wydaje mi się, że powaga tych dwóch wizyt (przy miłym uśmiechu i wszechobecnej życzliwości) była na tyle duża, żeby coś do mnie dotarło. Jakiś dietetyczny robaczek wgryzał mi się w mózg stopniowo, ale konsekwentnie. Drugą kwestią była nagła śmierć mojej dawnej koleżanki, 43 – letniej kobiety, która dostała zawału serca. Miała nadwagę, lecz zdecydowanie mniejszą niż ja. Dla mnie był to szok.

Po wizycie u dietetyka zaczęłam pracować nad swoim odżywianiem. Nie ważyłam się. Miałam w domu wagę, ale sięgała tylko 120 kilogramów, więc nawet nie brałam jej pod uwagę. Stała i kurzyła się w łazience. Nie wyrzuciłam jej tylko dlatego, że miała obrazek słonia, którego było mi szkoda (tak, wiem, nienormalna jestem). Poza tym nie wierzyłam, że uda mi się schudnąć. Miałam nie przytyć i to liczyło się najbardziej. Na spadki wagowe nie miałam nadziei. Zresztą byłam przekonana, że nawet jeśli schudnę cokolwiek, to zaraz przytyję od nowa, czyli proces jest bez sensu. Lepiej po prostu pilnować zaleceń i nie tyć.

Kolejne miesiące to była swego rodzaju sinusoida – przez dwa miesiące jadłam zgodnie z zaleceniami, potem przyszło załamanie, a następnie powrót do zdrowych nawyków. Na wadze stanęłam dopiero 17 lutego, kiedy poszłam na badania do szpitala, na oddział wewnętrzny. Waga pokazała 120 kilogramów. Z jednej strony ucieszyłam się, iż mimo kryzysu, udało mi się nawet schudnąć dwa kilogramy, z drugiej jednak od razu pojawiły się czarne myśli: „nie dam rady, zaraz utyję na nowo, a przecież mi nie wolno”. Dopiero po kolejnej wizycie u Pana Doktora, na początku marca, uspokoiłam się, doszło we mnie do głosu racjonalne myślenie i na poważnie pojawił się argument, że dam sobie szansę. Zdiagnozowana podczas badań szpitalnych insulinooporność i przepisane wówczas leki opanowały mój cukier, bardzo też pilnowałam tego, co jem. Oprócz tego zapisałam się na ćwiczenia – bieżnia, potem doszedł rower poziomy. Nie forsowałam się, nie zamęczałam, ale ćwiczyłam regularnie.

Zapytacie, po kiego grzyba zapisywałam się na ćwiczenia, kiedy chodzenie i rower mogłam załatwić w domu, bez ponoszenia kosztów? To proste – doskonale zdawałam sobie sprawę, że wyjście na spacer będzie tylko sporadyczne, roweru jako takiego nie znoszę i boli mnie po nim tłusty tyłek, zatem jedynym wyjściem było zapłacić za możliwość chodzenia do klubu sportowego i zmusić się do ćwiczeń. Jeśli ktoś ponownie zapyta, czy przypadkiem nie było mi wstyd pokazywać się na siłowni, to wprost odpowiem – tak, wstydziłam się wściekle, głupio się czułam, dlatego za pierwszym razem poszłam w towarzystwie córki, żeby nie wyjść na kompletnego ćwoka. To młoda pokazała mi obsługę bieżni, roweru, to ona przekonała mnie, iż nikogo tam nie będzie obchodził mój wygląd (miała rację!) i na pewno nikt mnie nie będzie krytykował. Jakby nie ona, pewnie bym się nie zdecydowała, z nią było mi łatwiej. Za drugim razem poszłam już sama i stopniowo wdrożyłam się w regularne ćwiczenia. I faktycznie, nikt mnie o nic nie pytał, przychodzili ludzie bardzo różni, tacy jak ja również, było normalnie.

Co nie przeszkadza mi marzyć o sali treningowej przeznaczonej właśnie dla pacjentów bariatrycznych, w której byliby zatrudnieni trenerzy mający pojęcie o bariatrii, posiadający ogromną empatię i szacunek dla drugiego człowieka, nie zaś wytrenowane mięśniaki, którym suplementy przeżerają resztki rozumu. Tak, aby ten otyły pacjent wiedział, że zostanie przyjęty z otwartymi ramionami, zaopiekowany, otrzyma wsparcie również od innych pacjentów. Tak, by była to siłownia bariatryczna. W kompleksowym znaczeniu.

Operację wyznaczono mi na 28 kwietnia, wcześniej, 17, miałam zaplanowaną wizytę u Pani Agnieszki. Bałam się tej wizyty koszmarnie. Wiedziałam, że wdrożyłam nowe nawyki, że starałam się ruszać, ale postanowiłam nie ważyć się wcześniej, poszłam na żywioł. Uznałam – będzie co ma być, najwyżej operacja zostanie odłożona w czasie. Ale po raz pierwszy od długiego czasu, miałam nadzieję.

Na wizycie okazało się, że moja waga to 116 kilogramów. Przeżyłam szok na wieść o sukcesie moich wysiłków, starań i walki. Niemal 6 kilogramów mniej było czymś, o czym od dawna nie marzyłam i nie miałam nadziei na sukces. I celowo mówię „walka”, bo dla mnie to była prawdziwa walka – ze sobą, z przyzwyczajeniami, z emocjami, z kompulsywnym objadaniem się. Dostałam kwalifikację do operacji.

Samej operacji póki co opisywać nie będę, to jest temat na oddzielne wspominki, po zabiegu natomiast miałam fazę obsesyjnego ważenia się codziennie. Popadłam w wagowy obłęd i przez tydzień dostawałam palpitacji serca za każdym razem, gdy waga nie spadła. Do tego doszła jeszcze miesiączka i ów pięciodniowy zastój wpędził mnie niemal w rozstrój nerwowy. Uspokoiłam się po wizycie u Pana Doktora i po zdjęciu szwów. Chudłam, to było najważniejsze.

Na kolejnej wizycie, po miesiącu od zdjęcia szwów, ważyłam już 111 kilogramów. Doktor wtedy kazał mi też zrobić badania krwi, które wyszły idealnie. Nie było się czego czepić, można było zacząć się cieszyć. Bardzo powoli, ostrożnie, bez szaleństwa. Ale wtedy wreszcie pojawiła się radość.

Zostałam też umówiona na kolejną wizytę do dietetyka. Pani Agnieszka kazała mi stanąć na wadze, a tu analizator ani drgnął. Gotowa byłam się załamać natychmiast, ale sytuacja została szybko ogarnięta, drobny błąd sprzętu. Sprzętu, który pokazał 101 kilogramów! Jasne jest, że się ogromnie ucieszyłam, ale właśnie wtedy w mojej głowie zaczęło kiełkować marzenie, by zobaczyć tę dziewiątkę z przodu. Marzenie bardzo nieśmiałe, prawie niezauważalne drgnięcie w sercu, że chciałabym. Ale nie powiedziałam tego na głos, ani nawet nie wypowiedziałam wprost we własnej głowie. Nie chciałam zapeszać.

Ja wiem, że niektórym to się może wydawać wariactwem i szaleństwem. Pomijając fakt, iż ja jestem szaloną wariatką i teraz na nowo sobie przypominam o właściwościach swojego charakteru (po latach trzymania ich na uwięzi nadprogramowych kilogramów), człowiek chory na otyłość nie ma odwagi uwierzyć w siebie, w swoją przemianę, zawsze ma z tyłu głowy przekonanie: „nie wiem, czy mi się uda”. To wynika z serii życiowych porażek związanych z dietami różnego typu, z doświadczeń nietolerancji, ze społecznego zamknięcia. Nie mówię, że wszyscy tak mają, ale podejrzewam, iż znakomita większość osób mnie zrozumie.

Dzisiaj weszłam na wagę domową – kupiłam sobie wreszcie porządny sprzęt – a ta pokazała mi 97,3 kilograma! Mam dziewiątkę z przodu! Kwiczałam z radości niczym dzik w truflach. Wreszcie, po przeszło 20 latach, rozmieniłam setkę!

To było uczucie nie do opisania, ale oczywiście nie wykrzyczałam go na głos. To była po prostu taka wewnętrzna, rozpierająca radość, duma z tego, czego dokonałam wspólnymi siłami z Panem Doktorem, Panią Agnieszką i wszystkimi, którzy mnie w tej walce wspierają.

I wiecie co? Ja te 97 kilogramów nadal traktuję jako wstęp, przygrywkę. Ja nie mam jakby pełnej świadomości, że za mną już spadek 25 kilogramów. Ja ciągle jestem na początku. To mi z jednej strony pomaga się pilnować, z drugiej wciąż jeszcze podgryza mnie lekko świadomość, że coś może pójść nie tak. Wciąż boję się cieszyć zbyt mocno.

leczotylosc.pl