Rozmowa wariatryczna – Pamiętnik pacjenta bariatrycznego – cz.22. Ewa Frankiewicz
18 sierpnia 2025
ROZMOWA WARIATRYCZNA
Jak widzicie, znowu napadły mnie wspomnienia z przygotowań do operacji. Wydaje mi się jednak, iż warto wiedzieć, dlaczego w ramach uczenia się siebie na nowo niezbędna jest konsultacja psychologiczna, bądź psychiatryczna.
Daję głowę, że wszyscy zastanawiają się w tym momencie, o co tak naprawdę chodzi i co to za jakaś dziwna specjalizacja – wariatria? O wariatach słyszał niejeden, wariatki również się zdarzają, ale wariatra? Co to takiego i z czym to się je?
Oczywiście mam tu na myśli lekarza psychiatrę. Czy sama siebie uważam za wariatkę? Trochę tak, bo jestem szalona i stać mnie na rozmaite odpały, cisnący mnie w kuper PESEL nic w tym zakresie nie zmienia. Ale to wariactwo uważam za pozytywne, stosunkowo optymistyczne.
Nie zmienia to jednak faktu, iż choruję na depresję. Zdiagnozowano mnie przeszło 5 lat temu, dzisiaj już wiem, że chorowałam co najmniej rok dłużej, ale wmawiałam sobie z podziwu godnym uporem, jakoby mnie zaburzenia depresyjne nie dotyczyły. A niby dlaczego nie? Bo mam solidną wiedzę psychologiczną i anatomiczną na temat ludzkiego mózgu, znam objawy, przyczyny i skutki, ba! nawet wiem, jakie leki stosuje się w leczeniu depresji. Gdyby to nie wystarczyło, mam niejako osobiste doświadczenie – w mojej rodzinie (biologicznie dalszej, ale bliskiej w sensie kontaktów) były 2 przypadki samobójczej śmierci. Czyli – teoretycznie – wiem wystarczająco dużo, żeby rozpoznać objawy u siebie.
Guzik prawda! Przez ponad rok chodziłam do pracy jak automat, dla dzieciaków w szkole, ich rodziców i innych nauczycieli byłam uśmiechniętą panią Ewą, na którą zawsze można liczyć, tylko mój uśmiech był wówczas przyklejony do twarzy. Depresja to choroba pięknego uśmiechu. Szczerzymy się do świata niczym labrador z prasowaną kością, a tak naprawdę bolą nas mięśnie paszczy od tej sztuczności. A potem wracamy do domu, siadamy na kanapie, zalewamy się łzami, uciekamy w sen, żremy!!! Dom zarasta brudem, dzieci puszczone samopas wpadają w złe towarzystwo albo butwieją przed komputerem i ekranem smartfona, mąż zachowuje się jak czepialski krokodyl, bo chce porządku, obiadu, normalności. A ty siedzisz, gapisz się w sufit i nie masz ani grama motywacji do podniesienia tyłka z kanapy.
Dokładnie tak było ze mną. Faktem jest, że uczyłam wówczas 6 przedmiotów naraz (w tym 3 terapeutycznych), więc miałam dziki hardcore i śmierdzącą kupę roboty. Dzięki temu łatwiej mi było wmawiać sobie, iż jestem po prostu zmęczona, wykończona, padnięta – przymiotnik do wyboru. Po powrocie z pracy zapadałam się w czeluście kanapy, zakrywałam głowę kocem i zasypiałam do wieczora. Potem robiłam dzieciom jakąś kolację, szłam z psem na ostatni spacer (jak na ścięcie) i siadałam do biurka, opróżniając po drodze lodówkę. Trwało to przeszło rok. W końcu moja przyjaciółka (której wtedy nienawidziłam śmiertelnie) zawlokła mnie do psychiatry niemal siłą.
Na szczęście pan psychiatra okazał się człowiekiem doświadczonym, świadomym, przewidującym i od pierwszej wizyty zrobił wszystko, żebym nie uciekła z obłąkanym wrzaskiem z jego gabinetu. Przepisał mi leki oraz dwutygodniowe zwolnienie lekarskie, przewidując – jakże słusznie! – rewolucje żołądkowe jako uboczny skutek leków. Faktycznie, takiej kosmicznej sraczki, jaka mnie dopadła po owych medykamentach, nigdy w życiu nie doświadczyłam, dość powiedzieć, iż toaleta w naszym domu zyskała stałą okupację, siwy dym armatni i została przez mojego męża nazwana „świątynią dumania”. Wprawdzie z mickiewiczowską Telimeną nic wspólnego nie mam, ale wybitnie długo dumałam, jak wyjść z kibla po wodę do picia i nie zgubić w tym czasie zawartości własnego tyłka. Pominę już fakt, iż owo dwutygodniowe zwolnienie przedłużyło się do miesiąca, a moja szkolna dyrekcja niemalże mnie z tego powodu zeżarła.
Niemniej jednak, leki zaczęły działać, regularne wizyty u specjalisty przynosiły efekt w postaci trzymania depresji za pysk, do momentu, gdy coś w moim życiu nie zaczęło się chwiać w posadach. Nieważne, co by to było – zdrowie, praca, kichający pies, czy kleszcz na kocim futrze – stany depresyjne co jakiś czas nawracały.
Wchodząc na pierwszą wizytę do mego ulubionego Doktora Bazyliszka (z całą sympatią dla Niego), miałam trochę obaw, jak świadomość mojej choroby psychicznej (nie jesteśmy dziećmi i mówmy wprost – depresja jest chorobą psychiczną!) wpłynie na ewentualną decyzję o operacji. Wprawdzie nikogo (jeszcze!) nie zamordowałam siekierą w ciemnym zaułku, ale – ostatecznie – nigdy nie wiadomo, co mi odbije i w jaką paranoję wpadnę. Doktor Bartek jednak uspokoił mnie od razu, iż wystarczy zaświadczenie od psychiatry, że moja depresja ma w pysku wędzidło i jestem w stanie ją okiełznać.
To akurat prawda, we wrześniu i październiku 2024 roku byłam w całkiem niezłej formie. Pracowałam już od roku w nowej szkole, właśnie dostałam nawet umowę na czas nieokreślony i wydawało mi się, że chwyciłam Pana Boga za nogi. Miałam cudownych uczniów, w porządku rodziców i – wydawało mi się – życzliwe grono pedagogiczne oraz dyrekcję. Dwa miesiące później zmieniłam zdanie radykalnie (uczniów i rodziców to nie dotyczy), gdy dostałam potężnego łupnia i symbolicznego plaskacza po gębie. Tylko dlatego, że byłam inna niż wszyscy, nie miałam zwyczaju stawiać uwag negatywnych, nie obrzucałam uczniów jedynkami, lubiłam organizować szkolne występy kabaretowe i stałam murem za uczniami. No cóż, różnię się od większości nauczycieli w tym kraju, ale nie potrafię inaczej. I – szczerze – nie mam zamiaru inaczej, bo ten system mi się zwyczajnie sprawdza!
W każdym razie, owego 12 października, mój doktor psychiatra bez problemu wystawił mi zaświadczenie o braku przeciwskazań do operacji bariatrycznej. Powiedziałam mu to samo, co Doktorowi Bartkowi – że wydaje mi się, iż dla mnie to szansa, żeby nieco dłużej żyć dla moich ludzkich szczeniaków. Kiedy naprawdę nie miałam jeszcze żadnej pewności, że zostanę zakwalifikowana do operacji. Ale chciałam jej, coraz bardziej. Byłam już po wizycie u pani Agnieszki, uczyłam się jeść na nowo i chciałam. Cieszyła mnie perspektywa badań, jako szansy na nowe życie.
Do dziś pamiętam, gdy pojechałam na pierwszą wizytę do Pani dietetyk, wykończona po nieprzespanej nocy, ponieważ przesiedziałam ją przy siedemnastoletniej córce będącej po pierwszej operacji kolana. Wiek dziecka nie grał tu roli – liczył się koszmarny ból, gdy przesunięto jej kolano o 5 centymetrów. Ona wyła, ja też. Na dodatek byłam po wypadku samochodowym, po którym nosiłam na szyi chomąto, czyli kołnierz ortopedyczny. Wsiadłam w taksówkę pod szpitalem dziecięcym i wysiadłam pod wojskowym. Na wizycie ziewałam niczym stary krokodyl, a wyglądałam – zdaje się – jak zła czarownica z bajek dla małych dzieci. Fryzura a`la piorun trafił w szczypiorek, chuch z paszczy rozłożyłby na łopatki dorodnego nosorożca, wdzięczny odorek potu unosił się jeszcze z półtora metra za mną, a strój był w pełni godny koszmarnych filmów grozy (z krwawymi plamami i brązowymi śladami środka dezynfekcyjnego włącznie).
Sama Pani Agnieszka zapytała mnie, jak zamierzam sobie poradzić z jedzeniem, skoro mam dziecko w szpitalu. Wyobraźcie sobie, iż to pytanie ani mnie nie zniechęciło, ani nie zdołowało – wtedy byłam tak optymistycznie nastawiona do perspektywy położenia się pod nożem Doktora Bartka, że mogłam góry przenosić! Normalnie zamieniłabym Mount Everest z Gerlachem i, poza dorodną pałą z geografii, nie groziłoby mi żadne negatywne konsekwencje.
Przez dwa tygodnie siedziałam z Młodą na zwolnieniu, skakałam koło niej, łagodziłam jej frustrację, podawałam leki i nadal cieszyłam się, że przygotowuję się do zabiegu. Jadłam wedle wskazówek, pilnowałam ilości i jakości posiłków. Wcinałam grzecznie śniadania, piłam wodę niegazowaną, porzuciłam energetyki i czekoladę. Wiadomo, nie od razu, stopniowo, ale szło mi doskonale.
Pan psychiatra był zadowolony z mojego samopoczucia, we mnie szalały pozytywne emocje i wielkie nadzieje, nie spieszyłam się, na spokojnie dawałam sobie czas. Uznałam, że najpierw muszę nauczyć się jeść zdrowo, a potem dopiero myśleć o operacji. Ale wtedy (jeszcze!) nie wątpiłam w siebie, wierzyłam, że sobie poradzę. Nie upierałam się, żeby operację robić „na wczoraj”, czekałam cierpliwie. Ufałam sobie i specjalistom.
Nic dziwnego w takiej sytuacji, że zaświadczenie od psychiatry dostałam od ręki. Jeśli dotychczas zdołowany pacjent wchodzi nagle do gabinetu i szczerzy się jak dorodny kocur w marcu na widok atrakcyjnej kocicy, to znaczy, że jest dobrze. Działamy, robimy krok w przód, bierzemy leki, będzie dobrze. I było. Chwilowo…