Pamiętnik

Sraczka – dziwaczka. Pamiętnik pacjenta bariatrycznego – cz.20 Ewa Frankiewicz


15 sierpnia 2025

SRACZKA DZIWACZKA

            Operacja bariatryczna zdecydowanie nie jest zabiegiem kosmetycznym. Oczywiście, wizualnie wyglądamy o wiele lepiej, ale dla naszego organizmu, skóry, włosów i paznokci jest to ciężkie doświadczenie, wymagające mądrego wsparcia oraz odpowiedniego wspomagania.

            Okres pierwszych dwóch tygodni po zabiegu jest czasem totalnej rewolucji – żywieniowej, emocjonalnej, fizycznej. Zdarza się, że coś nas boli, że płaczemy z byle powodu, albo nabieramy obrzydzenia do płynnej diety. U niektórych pojawiają się wymioty, niekiedy biegunki lub zaparcia, zawroty głowy, osłabienie – możliwe jest wszystko.

            To jednak nie znaczy, iż kolejne tygodnie i miesiące oznaczają pełną stabilizację i szalone tracenie kilogramów. Zdarzają się zastoje wagi, kryzysy, dziury intelektualne w mózgu i frustracje z przeróżnych powodów. To wszystko jest niby normalne, niejako naturalne po takiej poważnej operacji, ale zazwyczaj potężnie nas niepokoi.

            Dzisiaj napadła mnie refleksja mało pachnąca, znacząco komplikująca codzienne funkcjonowanie i demolująca toaletę z siłą wodospadu, a mianowicie rozwolnienie. Od kilku dni jest mi wyjątkowo bliska, na dodatek nie mam pojęcia z jakiego powodu. Ot, taka sraczka – dziwaczka.

            Ja osobiście przeszłam zabieg gastric bypass. Nasz Pan Doktor uprzedzał mnie wcześniej, iż w pierwszej fazie po operacji zdarzają się biegunki, ponieważ ten rodzaj bariatrii przenosi miejsce trawienia w inny punkt, do czego organizm musi się stopniowo przyzwyczaić. Pogodziłam się z ową perspektywą, niejako nastawiłam na to psychicznie, lecz okazało się, że mało mi tyłka nie rozsadziło z powodu zaparcia. Nie wiem, czy spowodowały to leki psychiatryczne, mające w wysokich dawkach działanie korkujące kuper, czy raczej był to efekt wpompowanego we mnie podczas operacji gazu. Przez pierwsze 6 dni po zabiegu chodziłam i smrodziłam, w brzuchu miałam głuche bulgoty rozwścieczonego jamnika, miałam wrażenie, jakby w moich jelitach przesuwały się szpilki wykonane z zębów aligatora. Bolało to wściekle i przerażało koszmarnie. Dopiero syrop o nazwie Lactulosa ruszył śmierdzący problem na tyle skutecznie, bym przestała stanowić zagrożenie dymne dla otoczenia.

            Z czasem wszystko się uregulowało, znalazłam własny rytm chodzenia do toalety, wydawało mi się, że wiem, jak sobie radzić. Nic bardziej mylnego. Powiem Wam jedno. Jeśli zastanawiacie się, co może spowodować sraczkę po operacji bariatrycznej, to szczerze Wam powiem – wszystko! Nawet takie coś, co normalnie daje efekty odwrotne (choćby jajko na twardo).

            Teraz, gdy minęło niemal 4 miesiące, właściwie jem już wszystko. Oczywiście, nie smażę mięsa, nie jem tłustej kiełbasy (boczku, karkówki, smalcu i kaszanki się brzydzę), unikam słodyczy, nie piję alkoholu ani napojów gazowanych. Nie znaczy to, że nie wzięłam do paszczy nic zakazanego, zresztą mówiłam o tym, ale traktuję to jako jednorazowy wyskok, po którym wracam do zasad. Od dłuższego czasu wcinam pomidory, ogórki, sałatę i inne surowe warzywa, jadam niemal wszystkie owoce, piję kefir, jogurt naturalny oraz często wsuwam biały ser. Jedynie mleka używam ostrożnie i tylko takiego bez laktozy, ponieważ mam po nim chlupoty w żołądku i nie służy mi zupełnie. Bolą mnie po nim wszystkie wnętrzności.

            Zmieniły mi się również smaki. Codziennie w menu musi pojawić się ogórek kiszony lub kiszona kapusta, bez nich nie mam życia. Kiedyś jadłabym zamiast tego czekoladę, dzisiaj wybieram wszystko, co jest potężnie kwaśne. Zupę szczawiową robię taką, że całej rodzinie gęby wykręca, ja pożeram ją z dreszczem szczęścia. Próbowałam nawet śledzia i ryby w galarecie. Pilnuję ilości pożywienia, to jasne, ale szukam różnych smaków.

            I tu dochodzimy do sedna sprawy. Pomidory (bez skóry) jadłam już po operacji niejeden raz. Nawet z cebulą i czosnkiem. Wszystko było doskonale, aż w końcu, trzy dni temu, zjadłam pomidora jak zwykle, ale po godzinie wyprułam do kibla niczym zwycięzca maratonu. Sedes z trudem przetrwał. Tyłek mnie bolał przez kilka godzin, zwłaszcza iż wracałam do toalety jeszcze ze cztery razy. Nie było mi niedobrze, nie wymiotowałam, ale srałam dalej niż widziałam. Na drugi dzień przeszło wszystko, co związane z pomidorem, ale po niecałej kromce razowego chleba z szynką i kawałkiem białego chudego sera, gnałam do łazienki w tempie jednostajnie przyspieszonym, w biegu zdejmując gacie. Po pomidorze nie było sensacji. Dzisiaj zjadłam zupę ogórkową, na którą rzucam się co najmniej raz w tygodniu. O WC niemal pobiłam się z mężem, wypychając go stamtąd siłą.

            Zasada jest taka – jeśli coś dzisiaj nie powoduje u mnie kosmicznej biegunki, jutro może się to radykalnie zmienić. Nawet woda z limonką niekiedy wywołuje sensacyjne bulgoty wewnętrzne i pogoń w kierunku łazienki. Podobnie rzecz się ma z owocami – gruszek nie mogę jeść w ogóle, bo po nich nie ujrzę światła dziennego przez trzy dni, wszystkie inne jadam bez szkody dla zdrowia, ale raz na jakiś czas uprawiam galopady toaletowe, głośnym rykiem wyganiając członków rodziny ze smrodliwego przybytku.

            Przez kilka ostatnich tygodni mam fazę na ziemniaki. Z kefirem. Oczywiście na filiżankę kefiru przypada niespełna pół ziemniaka, ale to nie ma znaczenia. Trzy razy zjem taki obiad bez sensacji (wcale nie codziennie!), za czwartym razem pogoni mnie do WC co najmniej kilka razy. Nic mnie przy tym nie boli, nie jestem ani osłabiona, ani cierpiąca, po prostu woda leje mi się z tyłka. Nie zliczę, ile razy już, będąc w trasie, musiałam w trybie awaryjnym zjeżdżać z drogi i szukać toalety na stacji benzynowej. Etap „życie za kibel!” jest w pełnym rozwoju.

            Nie utrudnia mi to specjalnie egzystencji. Nauczyłam się już, że jeśli jadę na zakupy, to pierwszym moim zadaniem jest sprawdzenie, gdzie znajduje się toaleta. Analizując przewidywaną trasę jazdy, sprawdzam wszystkie MOP – y, stacje paliw i przydrożne knajpy, ponieważ od pierwszych bulgotów w jelitach do akcji wodospad mam maksymalnie 10 – 15 minut. Nigdy nie wiem, czy akurat zjedzony na śniadanie serek wiejski przyjmie się bez zastrzeżeń, czy może jednak zechce ze mnie wyjść przed czasem.

            Istnieją również produkty, do których mam pełne obrzydzenie. Nie tknę jajka na miękko, jajka sadzonego (które wcześniej uwielbiałam w postaci lejącej), jajecznicy nie jadam, bo mi po niej niedobrze. Białko z jajka na twardo zjadają psy, ja mogę wciągnąć żółtko, ale wyłącznie w zupie. Otrząsam się ze wstrętem na widok cytryn, zaś limonka jest podstawą egzystencji. Polędwicy nie ruszę za całe Chiny średnioludowe, ale szynka jest przysmakiem, na widok którego się oblizuję. Zielony groszek powoduje drgawki i czkawki, a za fasolkę szparagową dam się pokroić na plasterki i nawet ugotować w smole. W kwestii sraczki – dziwaczki nic się nie zmienia – po każdym z uwielbianych produktów mogę – lecz nie muszę – wylądować w domowej świątyni dumania, okadzając ją wyziewami z osobistej rury wydechowej.

            Ktoś może zapytać, dlaczego nie wspomagam się środkami hamującymi biegunkę. To proste – nie są to akcje związane z zatruciem, bądź zjedzeniem nieświeżego produktu. Tak się dzieje i tyle. Nie będę rezygnowała z jedzenia pomidorów, pomarańczy lub duszonego mielonego mięsa tylko z tego powodu, że raz na jakiś czas wyląduję po nich na sedesie. Tym bardziej, iż każdy inny produkt może wywołać identyczną reakcję. Nie są to zresztą biegunki trwające dniami i nocami, które w jakiś sposób negatywnie wpływają na moje zdrowie.

            Nauczyłam się, że ilość zmian po operacji bariatrycznej jest tak duża, iż nie sposób wszystkiego przewidzieć i na wszystko się psychicznie nastawić. Dobrze jest to wszystko WIEDZIEĆ wcześniej, ale zupełnie inaczej jest tego DOŚWIADCZYĆ. Jeszcze długo będę się uczyć słuchać swojego organizmu, ale cieszę się najbardziej z tego, że w ogóle go słyszę. Moje ciało daje mi pole do pewnej dyskusji, mogę się z nim próbować kłócić, ale ono i tak postawi na swoim i pogna mnie do WC zawsze wtedy, gdy się tego nie spodziewam. Pogodziłam się z tym i akceptuję to. Jest tak wiele pozytywnych skutków operacji, której zdecydowałam się poddać, że ten jeden drobny, śmierdzący nieco i zmuszający człowieka do galopu skutek, stanowi jedynie maleńką wysepkę na całym oceanie bardzo dobrych zmian.

leczotylosc.pl