Pamiętnik

Wyjazdowy kryzys żywnościowy – Pamiętnik pacjenta bariatrycznego cz.13. Ewa Frankiewicz


1 sierpnia 2025

ŻYWNOŚCIOWY KRYZYS WYJAZDOWY

            I weź tu wyjedź człowieku na upragnione wakacje… Zabierz ze sobą dzieci, wsiądź do pociągu o północy, dowlecz się do Wiednia na godzinę 14.00, a potem przejedź wynajętym samochodem przez całą Austrię, aż do Tyrolu. Stres? Jak piorun! Regularność jedzenia? Porażka na całej linii! Picie wody? Jeszcze co, chodzenie do kibla w pociągu, tudzież na autostradzie, nie stanowi żadnej przyjemności. Pomijam tu fakt, iż cierpię na chorobę lokomocyjną, co automatycznie oznacza dzikie trudności z przełknięciem czegokolwiek podczas jazdy innym środkiem transportu niż auto osobowe. Zazwyczaj wszystko, co zdołam wziąć do paszczy, później szybko z niej wylatuje z powrotem. Aviomarin działa świetnie, redukuje nudności i doskonale usypia, ale niekoniecznie jest to działanie wskazane dla kierowcy. Zmiennika za kółkiem niestety nie posiadałam.

            Tym sposobem upragniona podróż już na starcie powodowała u mnie dzikie nerwy, z jednej bowiem strony wściekle na nią czekałam i potrzebowałam jej niczym powietrza do oddychania, z drugiej zaś kwestia jedzenia przyprawiała mnie niemal o spazmy nerwowe.

            Oczywiście w drodze do Tyrolu zaczęłam ze zmęczenia zasypiać za kierownicą. Nieprzespana noc i niewygoda w pociągu zrobiły swoje, padałam na pysk, oczy siłą woli i uporu trzymałam otwarte, a samochód w dużym stopniu jechał sam. Szybko pojęłam, że mam na głowie odpowiedzialność za dwoje dzieci własnych i jedno cudze, auto zaś powinnam za tydzień oddać w jednym kawałku. Nie było wyjścia, zatrzymałam się na stacji benzynowej i kupiłam małego Red Bulla bez cukru, takiego prosto z lodówki.

            Słuchajcie, ja doskonale wiem, iż jest to podłe, chemiczne świństwo, które jest ze wszech miar szkodliwe dla zdrowia, ale kawy pić nie mogę. To, że owej kawy nie znoszę, to jedno (nawet jej zapach mnie obrzydza), ale ponadto, w pół godziny po jej wypiciu, dostaję kosmicznej sraczki z rozrzutem. Na dodatek ciśnienie mi wali jak młot w łeb wrogiego indywiduum. Po Red Bullu ciśnienie jest w normie, sraczka się nie pojawia, a ja jestem w stanie przetrwać kolejne trzy godziny drogi. Wybrałam zatem chemiczne świństwo, z nadzieją, iż mnie nie zabije. Fakt, nie zabiło. Jedynie wyziewy i pobekiwania z mojej paszczy przypominały odory z kiepsko wietrzonej knajpy, mój chuch mógł powalić słonia.

            Tym samym pierwsza zasada zdrowego żywienia padła w akcji na samym początku wyjazdu. Byłam na siebie wściekła, ponieważ z natury jestem perfekcjonistką, wymagam od siebie cholernie dużo (jedynie w zakresie sprzątania mieszkania i mycia garów ręcznie ogłaszam strajk) i złamanie zasad pracowicie tworzonych od października sprawiło, że moja frustracja sięgała zenitu.

            Dojechaliśmy do miejsca przeznaczenia bardzo późno, o 22.30. Normalnie o takiej porze nie zjadłabym kolacji, ale musiałam. I zeżarłam tę kanapkę z żółtym serem, ponieważ był to jedyny produkt, jaki przetrwał bez uszczerbku całą 24 – godzinną (w sumie) trasę. Szynka nie wytrzymała i zdechła.

            Tyrolczycy to stan umysłu. Oni żyją od 7.00 do 11.00 przed południem oraz od 14.00 do 18.00 po południu. W tym czasie są otwarte sklepy, poczta, knajpy, ludzie pojawiają się na ulicy i są chętni do rozmowy. W innych godzinach człowieka na ulicy nie uświadczysz, zakupów nie zrobisz i nie dopytasz się o drogę. Jeśli nie pomoże ci nawigacja, leżysz i kwiczysz.

            Nietrudno pojąć, że następnego dnia wstaliśmy o 12.00 w południe. Zmęczenie podróżą zrobiło swoje. Wstając, głodni byliśmy jak dzikie zwierzęta, sera już nie było, zaś po kolejne produkty mogliśmy się udać do sklepu po 14.00. Tym samym moje zjedzenie śniadania w godzinę po wstaniu z łóżka było nieco nierealne. Zjadłam dopiero o 14.30 i była to kolejna kanapka, z niemiecką szynką tym razem, niekoniecznie smaczną, na dodatek tłustą (specjalnie wzięłam drobiową, ale chyba była to wybitnie otyła kura). Dwie kanapki na dwa posiłki? Od dnia operacji jadłam w ciągu dnia maksymalnie jedną (o ile w ogóle), a teraz czułam się podle, bo byłam przejedzona chlebem. W głowie wyło i błyskało czerwone światło, a hasło: „babo, znowu się nażarłaś” niemal widniało na moim czole. Byłam na siebie zła. Znowu.

            Potem ruszyliśmy na spacer po okolicy. Wzięłam ze sobą wodę, ale piłam nie za wiele, ponieważ na toalety był zdecydowany nieurodzaj, a lasy są monitorowane. Sikanie w krzaczkach nie wchodziło w rachubę. Jeśli tego dnia dobiłam do 1 litra wypitej wody, to był cud. Na koniec dnia moja córka ugotowała makaron i zrobiła do niego pesto bazyliowe. Obficie posypane parmezanem. Nie powiem, że zjadłam go dużo. Ale nie był to super zdrowy posiłek na pewno.

            I żeby była jasność – nie zarzekałam się, że przez kolejne dni będę się odżywiać idealnie z zaleceniami dietetycznymi. Miałam bolesną świadomość, iż więcej czasu spędzimy poza apartamentem, co z jednej strony cieszyło mnie bardzo, z drugiej jednak myśl o sensownym gotowaniu kruszyła się niczym Rosja radziecka w początkach lat dziewięćdziesiątych XX stulecia. Stresowałam się tym jedzeniem straszliwie, mniej z powodu, iż miałoby mi zaszkodzić, raczej w głowie kwitła mi obawa, by nie przytyć.

            Kolejny dzień przyniósł wędrówkę nad wodospad Krimml – miejsce przepiękne, chłodne, zdecydowanie mokre, które sprzyja astmatykom. Nie – astmatykom też. Słońce dawało czadu, ale w górach nie odczuwało się tego jakoś przesadnie. Trochę obawiałam się tej „wspinaczki”, chociaż miało to być zaledwie 1306 m wysokości, ale dla kogoś, kto się zazwyczaj męczy na płaskim, chodzenie po górach wydawało się skrajną niemożliwością. Zaopatrzyłam się w 3 litry niegazowanej wody, przyzwoite buty, kanapkę (!!!) na drogę i uznałam, że mogę iść. Założyłam sobie, iż idę dotąd, dokąd siły mi pozwolą, nie miałam jakichś wielkich złudzeń, zwłaszcza w obecności mojego syna, który również nie ma zamiłowania do sportu. Przewidywałam zdechliznę osobistą mniej więcej w 1/3 góry.

            W pierwszej kolejności moje dzieci wlazły na głazy u podnóża wodospadu – mokre, śliskie, zimne. Trochę obawiałam się o ich bezpieczeństwo, zwłaszcza moja córka w poszukiwaniu oryginalnych ujęć fotograficznych mogła (mimo pełnoletności na karku) zrobić sobie krzywdę, bo ganiała po tych skałach jak pomylona. Uznałam zatem, że ja również na owe głazy muszę wleźć, nie mam wprawdzie bladego pojęcia, w jaki sposób miałabym ratować bachory przed niebezpieczeństwem, ale muszę. Wlazłam i nawet nie stękałam po drodze, aczkolwiek gramoliłam się ostrożnie i ze sprawnością fizyczną nie miało to nic wspólnego. No, chyba że cielna krowa wchodzi na skały z wdziękiem…

            Weszłam. Zmokłam natychmiast do majtek. I nagle zdałam sobie sprawę z faktu, że weszłam. Dałam radę, zrobiłam to. Pal licho wdzięk, jestem na tych skałach i niemal kąpię się w wodospadzie. Jestem jak inni!

            Z identycznym brakiem wdzięku zeszłam ze skał i usiadłam na dole, sprawiedliwie dzieląc się wodą z czarnym, przypadkowo spotkanym labradorem. Nie wiem, skąd ten pies wiedział, żeby akurat do mnie przyjść się drapać po tyłku, ale przyszedł i chciał pić. Chciał też zjeść moją kanapkę, ale byłam świnia i udawałam, że jej nie mam.

            Pies poszedł w swoją stronę, a my udaliśmy się pod górę, by dotrzeć do szczytu wodospadu. Nie myślałam w ogóle o jedzeniu, w głowie miałam tylko jedno – muszę dać radę. Patrzyłam na ludzi, którzy również wspinali się pod górę i widziałam wśród nich zarówno wytrawnych wspinaczy, którzy pruli kurcgalopkiem, ale także osoby totalnie niezaprawione w boju, które spokojnie, powoli wchodziły wyznaczoną ścieżką. Rekordem była jedna pani, w wieku zbliżonym do średniego, w zwiewnej pomarańczowej sukience nad kolano i klapkach – japonkach, figurą zbliżona do dorodnego wieloryba. Gdy ją ujrzałam (pominąwszy jej strój, który przyprawił mnie o dziki rechocik), poczułam, że nie jestem sama, że nie ja jedna wchodzę z otyłością pod tę górę, skoro pani daje radę, ja też spróbuję. Kochani, żeby była jasność – ja w tej pani widziałam siebie, tylko dlatego wspominam o wielorybie, miałam wrażenie, jakbyśmy obie – ona i ja – usiłowały same sobie udowodnić, że wejdziemy. I weszłyśmy!

            Przez tę prawie trzygodzinną wspinaczkę moja kanapka tkwiła w plecaku, jedynie mijające mnie psy przypominały mi o niej, ponieważ wszystkie koniecznie chciały zajrzeć do środka. Ja piłam wodę i lazłam pod górę. Słowo „lazłam” zostało użyte przeze mnie świadomie, ponieważ moje tempo przypominało ślimaka. Odpoczywałam po drodze wielokrotnie, sapałam, byłam spocona, zziajana, ale ani razu nie pojawiła się myśl: „odpuszczam”. Wręcz przeciwnie – na każdym punkcie widokowym mówiłam sobie: „jeszcze ten jeden kawałek”. Dotarłam w ten sposób na szczyt i łzy stanęły mi w oczach – z radości.

            Dopiero wtedy poczułam głód. Byłam opita wodą jak bąk, ale mój żołądek zaczął powarkiwać, wtedy przypomniałam sobie o posiłku. Kanapka nie wzbudziła we mnie entuzjazmu, moje dzieci domagały się frytek, a ponieważ na samej górze była knajpa, postanowiliśmy skorzystać. Ambitnie poszukiwałam w karcie ryby gotowanej lub grillowanego mięsa, ale Tyrolczycy widocznie uznali, iż gości w Alpach należy porządnie karmić. Miałam zatem do wyboru sznycel po wiedeńsku albo kiełbasę smażoną na smalcu, z przyprawą curry i frytkami. Wybrałam sznycel z surówką, tak zwaną małą porcję, licząc na to, iż będzie to porcja dziecięca. I może faktycznie była, ja jednak zmogłam niespełna połowę a jowialny pan kelner był załamany, obawiając się, że mi nie smakowało. Tłumaczyłam mu zasady bariatrii, ale nie wiem, czy mój niemiecki był tak kiepski, czy pan obawiał się po prostu, iż padnę z osłabienia, ponieważ zapakował mi resztę posiłku „na drogę”. Wszystkich napotkanych po drodze właścicieli psów pytałam, czy mogę dać pieskowi kawałek sznycelka, bo bardzo smaczny jest.

            Byłam tak najedzona tym alpejskim obiadkiem, że do momentu powrotu do naszego mieszkania, nie byłam w stanie nic zjeść. Na kolację przyrządziłam sobie sałatę z ogórkiem i serem feta (wiem, niezdrowy), zjadłam trzy łyżki i miałam żarcia po kokardy. Wtedy właśnie wpadłam w rzetelną panikę, ponieważ zamiast pięciu posiłków, miałam zaledwie trzy. I chociaż żadnym się nie przejadłam, wypiłam wody nawet więcej niż potrzeba, to jednak posiłki były trzy. Tylko trzy. Znowu się zestresowałam.

            Kolejnego dnia deszcz lał wściekle, wyprawiliśmy się zatem do Zamku Ehrenberg, pooglądać ruiny warowni z XIII stulecia i przespacerować się linowym mostem 104 m nad ziemią. Śniadanie zjadłam normalnie (jajko plus sałata), trasa nam się przedłużyła z powodu wściekłego ruchu i wąskiej drogi, gdy zatem dotarliśmy na miejsce, byłam już głodna. Ujrzawszy jednak ceny w jedynej w okolicy knajpie, doszliśmy do logicznego wniosku, że jednak na obiad pojedziemy do Innsbrucku, ponieważ 250 euro za posiłek dla 4 osób przekracza nasze możliwości finansowe. Posiłek – dodajmy – typowo alpejski, czyli Curry Wurst albo Wiener Schnittzel. Plus gazowany napój do tego. Zwiedziliśmy zatem to, co chcieliśmy i pojechaliśmy do Innsbrucku właśnie. Byliśmy już tak głodni, że pierwsza napotkana pizzeria stała się jedynym miejscem przeznaczenia. Zakupiliśmy dwie pizze do podziału, ja zjadłam jeden listek, dzieci resztę. Byłam najedzona po kapelusz, ale znowu miałam wyrzuty sumienia z powodu niezdrowego żarcia.

            W kolejnych dniach trafił się jeszcze McDonalds, kolejna pizza, spaghetti Bolognese i obrzydliwie niedobra ryba z grilla, na lodowcu. Nie wiem, gdzie i kiedy owa ryba była złowiona, ale smakiem przypominała stare trepy dziadka, zaś zapachem futro mokrego labradora, który właśnie wykąpał się w błocie. Nic z tego nie mieści się w zasadach zdrowego żywienia, rybę pominę, by sobie wspomnień nie psuć.

            Generalnie przez 8 dni jadłam NORMALNE* śniadania i kolacje, ale obiady były zazwyczaj w knajpie (szczerze przyznaję, nie lubię gotować na wyjazdach) i pięć posiłków w ciągu dnia stanowiło nierealne marzenie. Stało się to przyczyną wyrzutów sumienia, rosnącej frustracji, złości na samą siebie, paranoidalnych obaw i ogółem zawirowań żywnościowo – emocjonalnych. Ostatniego dnia doszły jeszcze urodzinowe czekoladki, ponieważ koleżanka córki, która była z nami, obchodziła akurat 18 urodziny. Zjadłam dwie i miałam poczucie, że to o dwie za dużo. Perfekcjonizm level master.

            Po przyjeździe do domu natychmiast stanęłam na wadze, która pokazała o kilogram mniej. Byłam szalenie zaskoczona, ponieważ zakładałam co najmniej 2 kilo na plusie, ale chyba uratował mnie ruch. Zrozumiałam wówczas jedną ważną rzecz.

            Zupełnie niepotrzebnie przez cały wyjazd przeżywałam kwestię jedzenia niczym stonka wykopki. Zamiast się w pełni cieszyć alpejskim krajobrazem, krowami z dzwoneczkami na szyi i austriacką życzliwością, ja wpędzałam samą siebie w nerwicę żywnościową. Chodziłam przez ten czas dość dużo, nie jadłam „za dużo” i zdecydowanie z głupoty zważyłam się od razu po przyjeździe – po 12 godzinach podróży pociągiem, zarwanej nocy, niewielkiej ilości płynów. I wcale nie przytyłam.

            Nie chcę oczywiście powiedzieć, że każdy wyjazd daje nam automatycznie przyzwolenie na jedzenie świństw i każe zapomnieć o zdrowym jedzeniu. Ale wpędzanie się w obsesyjną paranoję również nie ma sensu. Zamiast bowiem cieszyć się urlopem, nasz mózg zwija się i skręca w ósemki z powodu jedzenia.

            Dzisiaj, kilka dni po powrocie, okazało się, że bez problemu wróciłam – niejako naturalnie – do pięciu posiłków dziennie, zgodnych z listą produktów dozwolonych i zakazanych, piję wodę, chodzę na spacery i czuję się doskonale wypoczęta i zrelaksowana po urlopie. Mimo nerwicy żywnościowej. I na razie się nie ważę, zrobię to za dwa tygodnie. Nie ma pośpiechu.

*NORMALNEzgodne z zaleceniami zdrowego odżywiania, te, których się przez minione miesiące nauczyłam, i które stały się dla mnie codziennością, normalnością – chociaż nie sądziłam, że kiedykolwiek to powiem.

leczotylosc.pl