Załamanie żywnościowe – Pamiętnik pacjenta bariatrycznego cz.26. Ewa Frankiewicz
26 sierpnia 2025
ZAŁAMANIE ŻYWNOŚCIOWE
Jestem przekonana, że doskonale wiecie, jak wygląda załamanie, każdy z Was przeszedł przez nie co najmniej raz. Nie wątpię również, iż załamania żywnościowe także przechodziliście. Osoby chorujące na otyłość często miewają zawirowania i stany depresyjne związane z jedzeniem, a konkretnie z jego nadmiarem.
Odkąd pamiętam, zmagałam się z kompulsywnym jedzeniem. Słodycze były nagrodą, rozładowaniem napięcia, stresu, wyładowaniem emocjonalnym. Jeśli w domu akurat nie było nic słodkiego, nadał się również słoik dżemu, chipsy, paluszki – jakiekolwiek świństwo, które dałam radę wepchnąć do gęby i zeżreć, im prędzej, tym lepiej. Zdarzało mi się odwozić dzieci do szkoły a samej jechać do McDonald`s i zamawiać całą pakę rozmaitych paskudztw, którą potem pożerałam z radosnym kwikiem w duszy. I rzeczywiście, początkowo robiło mi się lepiej psychicznie, osiągałam stan pewnej błogości, by po godzinie lub dwóch pluć sobie w twarz i wyzywać samą siebie od obleśnych żarłoków i psychopatek.
Największym dramatem było, gdy brakowało okazji do najedzenia się. Właściwie, do przejedzenia. Coś słodkiego musiało zawsze w domu być, batoniki nosiłam w torbie, zachomikowane pod klasówkami i testami, do tego obowiązkowo gazowany napój i energetyk. Rzadko zdarzało mi się picie napojów energetycznych między lekcjami, ale na radzie pedagogicznej obowiązkowo musiały być. Plus co najmniej jeden w domu.
Wstyd się przyznać, ale uzbierałam taką „kolekcję” puszek po Red Bullach, że mój syn zrobił z nich palmę na konkurs ekologiczny, palma zaś była tej wielkości, że do Toyoty Rav4 się nie była w stanie zmieścić, musieliśmy składać siedzenia. Nawet nie dało mi to do myślenia…
Stres wiązał się nieodmiennie z jedzeniem. Im więcej było stresu w moim życiu, tym więcej słodyczy pożerałam. Mój mąż to widział i zwracał na to uwagę, ale oczywiście robił to na swój sposób, czyli dogryzał mi. Działało to na mnie niczym czerwona płachta na potężnego byka, na złość jemu i jego komentarzom, żarłam jeszcze więcej. Ale starałam się to przed nim ukrywać. Dzisiaj już wiem, że się wstydziłam, wtedy było to dla mnie niepojęte, nawet o tym nie pomyślałam.
Przygotowania do operacji bariatrycznej były dla mnie (jak zresztą dla nas wszystkich) nauką nowych nawyków żywieniowych. Nikomu nie powiem, iż jest to łatwe, bo wiemy, że nie jest, wystarczy jeden drobny problem i sięgamy po produkty zakazane. Jestem tego najlepszym przykładem, kryzys w pracy znacząco utrudnił mi przygotowania do zabiegu. Na przeszło miesiąc porzuciłam plany operacji, siedziałam w domu, patrzyłam w ścianę, płakałam i żarłam. Celowo nie nazywam tego jedzeniem, ja żarłam jak prosię na głodzie, non stop ruszałam gębą.
Stopniowo nauczyłam się tych pięciu posiłków dziennie, jedzenia śniadań, wyeliminowałam słodycze, fast foody i napoje gazowane. Najtrudniej było rzucić energetyki, to trwało najdłużej, ale i z tym sobie poradziłam. Zgodnie z zasadą, że nic nie dzieje się od razu. Dzięki temu – tak mi się wydaje – byłam dobrze przygotowana do operacji i do tej pory doskonale sobie z jedzeniem radziłam. Nie liczę tu oczywiście wyjazdu do Austrii, ale o tym już Wam mówiłam, nie będę się powtarzać.
Niestety, w moim życiu teraz dzieje się smutna historia. Jeden z moich psów, 13 – letni labrador Czedar, posypał się straszliwie w ciągu dwóch ostatnich tygodni. Od dawna wiedzieliśmy, że ma zespół końskiego ogona oraz ogromne zwyrodnienia w kręgosłupie lędźwiowym, nasz wujek weterynarz – ortopeda i ciocia weterynarz – radiolog opiekują się nim z oddaniem, ale mieliśmy świadomość pogarszającego się stanu psiaka. Z przymrużeniem oka mówiliśmy zawsze, iż na psią starość (na ludzką też nie) leku jeszcze nie wynaleziono. Do niedawna psisko radził sobie całkiem nieźle (poza głuchotą i bardzo słabym wzrokiem), ale teraz pojawiły się ataki padaczki, ucisk na nerwy i koszmarny ból. Do tego stopnia, że pies nie może się samodzielnie podnieść, paraliżuje mu tylne łapy, ogon zwisa bezwładnie, a przednie łapy plączą się i powodują niekontrolowane upadki. Labrador to ogółem pies duży, nasz jest adoptowany, nie znamy dokładnie jego przeszłości, ale jest po prostu wielgachny, waży 42 kg, nie jest łatwo go podnosić i opiekować się nim, co nie zmienia faktu, że całą rodziną stajemy na uszach, żeby jeszcze dać mu trochę czasu.
Byliśmy akurat u rodziny w Łańcucie (z psiakami), kiedy stan Czedara bardzo się pogorszył. Weterynarz z nocnego dyżuru i obca pani weterynarz z Łańcuta, zgodnie i niezależnie od siebie stwierdzili, że właściwie nasz pies nie ma już szans i trzeba myśleć o pożegnaniu się z nim i uśpieniu go.
Trzepnęło mnie to okrutnie. Rozsypałam się całkowicie i chociaż od razu postanowiłam, że dopiero po rozmowie z naszymi lubelskimi weterynarzami będę podejmowała jakiekolwiek decyzje, emocje wzięły górę. Był płacz, była złość, była totalna frustracja. To wszystko bardzo się przełożyło na mój sposób odżywiania przez kilka dni.
Od czego zaczęłam? Od lodów. Codziennie chodziłam wraz z dziećmi do centrum miasta (co w przypadku Łańcuta brzmi bardzo szumnie), piechotą, robiąc spacer przez park i niezależnie od zakupów, zawsze wstępowaliśmy na lody. Mamy tam taką swoją ulubioną cukiernię, do której chodziłam jeszcze w dzieciństwie z siostrą, lody śmietankowe mają tam rewelacyjne i codziennie jednego zjadałam. Czy miałam wyrzuty sumienia? Wtedy nie, dopiero dzisiaj się pojawiły, kiedy pies poczuł się nieco lepiej a nasi stali weterynarze zaproponowali dla niego plan leczenia.
Pilnowałam się, by zachować pięć posiłków w ciągu dnia. To mi się udało bez większego trudu (poza jednym dniem, kiedy wybrałam się z synem do Podkarpackiego Centrum Nauki Łukasiewicz, ominęłam wówczas drugie śniadanie, ale na plus dla siebie zapisuję to, iż – mimo okazji – nie zeżarłam tam żadnych frytek ani hamburgera). Ale od razu muszę się Wam uczciwie przyznać – zdarzało mi się tych posiłków nawet 6 (nie wliczając lodów), ponieważ raz zjadłam ciasto ze śliwkami, a przez dwa dni czepiały się mnie cytrynowe markizy, których w sumie pożarłam pięć.
Poza tym raz dziennie piłam zasypkę dla dzieci (tak to nazwała moja siostra), czyli Mokate Cappuccino. Śmietankowe. Nie znoszę zwykłej kawy, herbata mi nie podchodziła, zatem – poza piciem wody – wypijałam dziennie owo słodkie świństwo. Było mi non stop zimno, więc ta zasypka na gorąco nieco mnie rozgrzewała.
No i owoce. Banany, nektarynki, mandarynki, winogrona – jadłam je niemal na kilogramy. Nie wiem, czy tak szukałam czegoś słodkiego i chciałam rozładować własne emocje, czy po prostu chciało mi się owoców, niemniej żarłam je jak maszyna. Dno w koszyku z nektarynkami wywoływało u mnie nerwowe drgawki, a o ostatniego banana gotowa byłam pobić się z własną córką.
Nie jadłam nic smażonego, ale zdarzyło mi się upiec (własnoręcznie zrobione) nuggetsy z piersi kurczaka (z frytkami) w Air Fryerze i je zjeść wraz z rodziną. Nie miałam weny na przyzwoite gotowanie. Jasne, że to była tylko wymówka, ale wolałam to wszystko upiec niż usmażyć, bo nie wychodziło mi kreatywne myślenie o jedzeniu. Dwa razy zjadłam też zupę z kromką razowego chleba. Chciało mi się chleba z zupą, po prostu i uległam tej chcicy.
W ciągu owych ośmiu dni spędzonych w Łańcucie sporo schrzaniłam. Sytuacja z psem doprowadziła mnie do żywnościowego załamania, wróciło kompulsywne jedzenie. Nie była to taka forma, jak niegdyś, świadomie omijałam pizzerie i wszelkie fast foody, ale słodyczy się czepiłam. Nosiło mnie. Owszem, chodziłam dużo, codziennie bywałam na basenie, miałam też trochę ruchu w ogrodzie u cioci, ale dzisiaj dotarło do mnie, jak daleko się w tym zapędziłam.
Faktem jest, iż natychmiast po powrocie do domu wróciłam do zaleceń żywieniowych, w domu nie ma nic słodkiego, żadnych chipsów i przekąsek. Dżem stoi na półce, ale już się do niego nie ślinię. Niech sobie stoi.
Dopiero dzisiaj poczułam wyrzuty sumienia za te osiem dni. Policzyłam sobie, ile razy zeżarłam to, czego nie powinnam, uświadomiłam sobie również, iż dwa razy się po prostu przejadłam, ponieważ nie umiałam odejść od talerza. Jestem na siebie wściekła i to potężnie. Stoję przed lustrem i wyzywam się od najgorszych.
Nie wiem, na ile moje wyrzuty sumienia wiążą się z poprawą samopoczucia psiaka. Bo psisko czuje się odrobinę lepiej, ale też mam poczucie, iż tu, w Lublinie, jest po prostu lepiej zaopiekowany przez lekarzy, którzy go doskonale znają. Być może dlatego odczepiłam się od zachcianek, bo jestem spokojniejsza? Nie wiem.
Wiem jedno. Operacja bariatryczna nie wyeliminowała u mnie całkowicie kompulsywnego jedzenia. Mogę powiedzieć, że w 98% nad tym panuję, ale te 2% wciąż się odzywa, zwłaszcza w trudnych momentach. Mimo ogromu pracy, jaki w to włożyłam, wciąż mam „zachciewaje” jedzeniowe i walczę, by się im nie poddać. Nie zawsze mi się to udaje. Mam później pretensje do swojej osoby, wkurzam się na własną głupotę i nie lubię samej siebie. To mija, ale jest. Nie mam pojęcia, kiedy i czy w ogóle kiedykolwiek, to zwalczę. Na pewno będę się starać, bo dzisiaj już rozumiem, że nie warto się poddawać.