Zwykłe zdjęcie do dokumentów. Pamiętnik pacjenta bariartycznego cz.28. Ewa Frankiewicz
29 sierpnia 2025
ZWYKŁE ZDJĘCIE DO DOKUMENTÓW
Kto by pomyślał, że najzwyklejsze zdjęcie może zachwycić człowieka do tego stopnia, żeby się nad nim publicznie rozpływać? Sama nie sądziłam, że to możliwe. A jednak…
Od wielu lat nie cierpiałam swojej gęby na fotografiach. Pomijając fakt nadwagi a z czasem otyłości, na większości zdjęć z okresu 18+ wyglądam niczym jadowita maszkara, jaszczuropodobny stwór, tudzież różowa świnka – blondynka (nie wiem, co mi kilkanaście lat temu strzeliło do głowy, by ufarbować włosy na blond, brrr!).
Gwoli ścisłości, osobistych zdjęć z dzieciństwa również nie znoszę, z jednego prostego powodu. Nosiłam wówczas okulary o szkłach takiej grubości, że można byłoby zamiast nich wstawić denka od słoików. Wyglądałam strasznie.
Tak naprawdę najchętniej robiłam zdjęcia dzieciom i zwierzakom. Mężowi też bym robiła, ale na sam widok aparatu uciekał w dzikim popłochu, na dodatek z miną mordercy skazanego na dożywocie. Wolałam nie ryzykować. Bardzo chętnie fotografowałam również krajobrazy wszelkiego autoramentu. Nie po to, by się chwalić, gdzie byłam (aż tak jeszcze na głowę nie upadłam), ale na pamiątkę. Nie każdemu trafia się okazja być między innymi w Stanach Zjednoczonych i na własne oczy oglądać słynny most Golden Gate albo Wielki Kanion Kolorado, ewentualnie zwiedzać NASA Space Center w Houston. Chciałam to mieć na zdjęciach, chciałam to wizualnie pamiętać. Samych albumów ze zdjęciami (wtedy jeszcze nie było telefonów z aparatem ani aparatów cyfrowych, jedynie „starożytne” filmy, wywoływane w ciemni u fotografa) mam przeszło czterdzieści.
Już w 2001 roku, robiąc sobie zdjęcia właśnie w Las Vegas, Los Angeles i Grand Canyon, miałam pierwszy stopień otyłości. 94 kilogramy, przy wzroście 164 cm. Nie lubiłam siebie na zdjęciach. Tymczasem cała rodzinka (od moich rodziców począwszy, poprzez ciotki, wujków i całe stada kuzynostwa) czekała na owe amerykańskie zdjęcia jak pustynia na deszcz – taka okazja, rób zdjęcia, potem wszystko pokażesz i opowiesz, ze szczegółami… O rany, za co?!!! Niby miałam świadomość, że mało komu trafia się możliwość czterech tygodni nauki języka angielskiego w amerykańskiej szkole, gdzie po lekcjach można do woli pływać w basenie lub zwiedzać słynne Miasto Aniołów, chodzić na zakupy na Rodeo Drive i spacerować po Hollywood Hills, oglądając wille ówczesnych bożyszczów nastolatek, typu Backstreet Boys albo jakieś coś innego. Jednak mieć świadomość a być gotowym dzielić się osobistymi zdjęciami, na których widać gruby brzuch, tłusty tyłek i dwa słupy do podpierania dupy w roli nóg – niekoniecznie. Opowiadać mogłam w nieskończoność, pokazywać – za nic.
Już wtedy bałam się reakcji rodziny, zwłaszcza tej dalszej. Ciekawe jest, iż uświadomiłam sobie to dopiero dzisiaj. Panicznie bałam się krytyki tych fotografii, komentarzy typu: „zdjęcia piękne, ale strasznie gruba na nich jesteś”, głupiego plotkowania. Normalnie się bałam. Z czasem, gdy wyjazdy za granicę stały się coraz bardziej popularne i powszechne, a moda na relacje z pobytów na wakacjach wstawiane na Facebooku rozpowszechniła się wśród ludzi jak bakcyl dżumy, cholery czy innej malarii, uległam temu o tyle, że wstawiałam zdjęcia z rodziną, ale tylko takie, na których dzieci mnie zasłaniają, albo chowam się za palmą, murkiem, niekiedy latarnią (bez skojarzeń, w Amsterdamie nie byłam z rodziną!). Nie cierpiałam swoich grubych ud i brzucha na zdjęciach. Ale nie robiłam z tym nic. Nie potrafiłam. Cierpiałam nad tym głęboko, ale nie potrafiłam.
Idąc tym tropem, zdjęcia do dokumentów również nie wzbudzały mojego zachwytu. Ostatnią oficjalną fotografią, na której moja twarz wygląda jeszcze jako tako, była ta z pierwszego dowodu osobistego, z 1998 roku. Pięć lat później, na dyplomach ukończenia studiów, wyglądałam już tak obrzydliwie, że miałam ochotę napluć we własną gębę.
Miałam wówczas grono osób zaufanych, które w żaden sposób nie dawały mi odczuć, że od nich odstaję wyglądem (oj, odstawałam mocno!), trzymaliśmy się razem, imprezowaliśmy razem, było dobrze. Ale grono to stanowiło może z dziesięć, jedenaście osób. Reszta świata stała na pozycji: „po co oni się zadają z tą tłustą słonicą?”. Dla niektórych byłam przydatna, bo miałam prawo jazdy i auto do dyspozycji (może podwiezie), dla innych, bo mój tata pracował na uniwersytecie (może pomoże zdać egzamin), dla jeszcze innych, bo miałam mnóstwo kontaktów z ludźmi ze Stanów Zjednoczonych, Holandii i Malezji (może pomoże wyjechać).
Ciekawe, że nie byłam aż tak naiwna, by nie widzieć, czego tak naprawdę potencjalni „kumple” u mnie szukają. Pod pretekstem słodkich słówek i rzekomych przyjacielskich gestów usiłowali nieudolnie ukrywać, jak bardzo mają ochotę „zajechać” mnie za mój wygląd. Za tego zewnętrznego hipopotama. Nie wiem, czy było to wredne, czy nie, ale uznałam, iż nie dam się wykorzystywać, chociaż być może tylko na takich „przyjaciół” mogę w życiu liczyć. Wiecie, to było straszne, że w wieku dwudziestu paru lat miałam takie myśli, takie przekonanie o braku prawdziwych, uczciwych osób wokół mnie… A wszystko wiązało się z moim wyglądem i stuprocentowym przekonaniem, że z samicą nosorożca nikt nie chce mieć nic wspólnego.
Nigdy jednak owo przekonanie nie pomogło mi w zrzuceniu wagi. Wręcz przeciwnie, coraz bardziej zajadałam własny wygląd, tkwiąc w błędnym kole żarcia.
Wracając do tematu – nawet w skąpym gronie tych prawdziwych znajomych niechętnie zgadzałam się na zdjęcia. Zwłaszcza grupowe, na nich bowiem biło po oczach, jak bardzo narasta moja otyłość. W szatańskim tempie.
Inna sprawa, że ja nikomu z tych osób nigdy nie powiedziałam, jak bardzo cierpię wewnętrznie z powodu mojej wagi, jak bardzo nie akceptuję sama siebie. Ja przed nimi również grałam niczym najlepsza aktorka na deskach najstarszego teatru świata! Oni nie chcieli mnie urazić mówiąc o moim wyglądzie coś niepochlebnego (mieli go w nosie tak naprawdę), a ja nie chciałam mówić, że potrzebuję pomocy. Przede wszystkim psychicznie. Gdyby wówczas ktoś z nich zaproponował mi – na przykład – wspólne chodzenie na basen, regularnie, choć raz w tygodniu, byłabym szczęśliwa. Albo wspólne spacery. Rolki. Sanki (wtedy jeszcze zimą był śnieg). Raz, dwa razy zdarzyło nam się wspólnie pójść na łyżwy. Oni nie proponowali nic więcej, bo się bali, ja nic nie powiedziałam, bo też się bałam. Szaleństwo. Widzę je po latach.
Traf chciał, że musiałam sobie zrobić dzisiaj fotografię do dowodu osobistego. Do fotografa pojechałam jak na ścięcie, ale… coś się jednak zmieniło… Zrobiłam sobie makijaż, taki dość mocny, nie wyzywający, ale wyraźny, nawet założyłam sztuczne rzęsy, tak eksperymentalnie. Pracowałam nad tym makijażem z godzinę, tak jakbym chciała na tym zdjęciu wyjść ładnie, ale w tle wciąż była myśl – to bez sensu, nic nie pomoże.
Pani fotograf, cudowna kobieta, ciepła, empatyczna i mega profesjonalna zrobiła mi chyba z sześć albo siedem ujęć, żebym wybrała to, które podoba mi się najbardziej. Założyłam, iż wybiorę pierwsze z brzegu, by nie patrzeć zbyt długo na własną tłustą paszczę. Spojrzałam i zamarłam…
Kochani, ja nigdy w życiu nie miałam tak pięknego ujęcia własnej twarzy! Nieważny był ten makijaż i fryzura, ze zdjęcia spoglądały na mnie piękne oczy i śliczna buzia przeszło czterdziestoletniej kobiety, która wygląda maksymalnie na trzydziestkę! Ja tak nie wyglądałam jeszcze nigdy!!!
Zagapiłam się na to zdjęcie, w oczach miałam mokro a łzy leciały mi po policzkach jak wodospad. Nie chciałam nawet oglądać pozostałych ujęć, już to pierwsze dostarczyło mi wulkanicznych emocji! Kolejne były jeszcze ładniejsze, naprawdę nie miałam pojęcia, które powinnam wybrać.
Przyznałam się tej pani, dlaczego płaczę. Trudno jej było uwierzyć, że jeszcze tak niedawno ważyłam przeszło 120 kilogramów. Pokazałam jej zdjęcia sprzed operacji, była w szoku. Ja… właściwie też…
To dziwne, że tak otworzyłam się przed tą obcą przecież kobietą, ale musiałam tak „na już”, od razu, podzielić się swoją radością, tymi emocjami, które po prostu we mnie eksplodowały. Te łzy szczęścia łączyły się gdzieś w środku mnie z radosnym śmiechem. Ona doskonale to zrozumiała.
Nie spodziewałam się, że takie zwyczajne, proste zdjęcie do dowodu osobistego stanie się dla mnie tak emocjonującym przeżyciem. Nawet nie przyszło mi do głowy, że wyjdę z zakładu fotograficznego taka szczęśliwa, z taką ogromną satysfakcją w duszy i dzwoneczkiem radości w sercu. To był kolejny krok, który mogłam postawić dzięki operacji bariatrycznej. Na nowo zobaczyć siebie. Ładną siebie. Dziękuję.